Rozdział 6. Przypadkowe wspomnienie

Przemija tylko to, co jest kłamliwe. Dla prawdy śmierć nie istnieje.
— Aleksander Hercen


7 lipca 1995


Kiedy wszedł do pokoju, za oknem zaczynały błyszczeć pierwsze gwiazdy. Pomimo chłodnego wieczoru i otwartego na oścież okna miejsce to przesiąkał zaduch i zapach choroby.

Pomieszczenie sprawiało wrażenie skromnego i pełniącego rolę czegoś pośredniego pomiędzy sypialnią a pracownią. Na masywnym stole porozrzucane były liczne pergaminy i księgi, a tu i ówdzie widniały kleksy atramentu, jakby ręka, która trzymała pióro, była zbyt stara, aby utrzymać je w jednej pozycji. Jedyne źródło światła stanowiła świeca, która płonęła na stoliku obok łóżka.

Dumbledore zrobił kilka kroków i deski pod jego stopami zatrzeszczały straszliwie. Zmarszczki wokół oczu czarodzieja pogłębiły się, kiedy zobaczył skuloną na łóżku postać.

— Septimusie… — powiedział łagodnie, choć w jego głosie można było wyczuć żal. — Czemu wcześniej po mnie nie posłałeś?

Powieki starca uchyliły się lekko i mętny wzrok skupił się na przybyszu. Blady uśmiech ozdobił spękane wargi.

— Dla zorganizowanego umysłu śmierć to tylko początek wielkiej przygody [1] — wychrypiał mężczyzna. — Czyż to nie tak zawsze mawiasz, Albusie?

Dumbledore milczał. Płomień świecy zadrżał, oświetlając na sekundę jasne oczy. Błyszczały od nagłej wilgoci.

— Nie płacz po mnie, przyjacielu. I tak nie byłbyś w stanie nic zrobić. Jestem już stary. Nie tak stary jak ty, co prawda, ale po każdego śmierć przychodzi w swoim czasie.

— Przeczytałem list — odrzekł cicho Albus.

— A więc wiesz, o co proszę.

Czarodziej skinął głową i z kieszeni szaty wyciągnął flakonik.

Przez następne kilka minut w pokoju panowała zupełna cisza, gdy pomarszczona, drżąca dłoń kierowała różdżką białe wstęgi myśli do pustego naczynia.


* * *


Tego roku lato było wyjątkowo ciepłe i przyjemne, jakby starało się zaprzeczyć ponurym wydarzeniom, które rozgrywały się w czarodziejskim świecie. I choć nie było wielu powodów do radości, dwa kolejne dni minęły spokojnie.

Gazety donosiły, iż rząd jest w trakcie odbudowy ministerialnego gmachu, a Albus, gdy tylko poczuł się na siłach, wrócił do swojej rezydencji. Ponieważ wszystko wskazywało na to, że Voldemorta był zajęty zapoznawaniem się z treścią skradzionej księgi, na świecie zapanowała względna cisza.

Dwór Prince’ów natomiast świecił pustkami. Jedynymi przebywającymi w nim osobami byli mistrz eliksirów, Potter oraz pielęgniarka, która nie chciała słyszeć o tym, iż miałaby opuścić swój posterunek. Severus warczał z irytacją, tłumacząc, że jeśli stan chłopca ulegnie zmianie, zaklęcie monitorujące da o tym znać i zostanie wezwana przez kominek. Żadne jednak słowa nie działały. Równie dobrze mógł mówić do ściany. W takich momentach zastanawiał się, czy ta kobieta w ogóle posiada jakieś życie osobiste.

Wyjrzał przez okno. Madame Pomfrey siedziała na jednej z parkowych ławek, a na podołku trzymała medyczną księgę na temat magicznych urazów umysłu. Promienie letniego słońca przebijały przez liście, igrając na jej kasztanowych włosach, przetykanych z rzadka siwizną.

Snape postanowił iść za jej przykładem i również skorzystać z wolnego czasu. Skoro eliksir działał, pozostało im jedynie bierne czekanie. Mimo iż przewidywania stanu Pottera wciąż pozostawały w kręgu spekulacji, mogli przynajmniej mieć realną nadzieję na odzyskanie przytomności. Chłopak nie gorączkował, nie rzucał się, jego magia nie szalała, a fale w umyśle przepływały bez zakłóceń.

Tym razem zrezygnował z prasy. Posunięcia na scenie politycznej stawały się coraz bardziej przewidywalne i chwilowo nie było nic, co mogłoby go zaskoczyć. Nawet plany Korneliusza Knota dotyczące Złotego Chłopca nie wywarły na nim wielkiego wrażenia, a ponieważ osobiste sprawy Pottera niewiele go obchodziły, nie czuł się zobowiązany do roztrząsania losu, jaki planowały zgotować dzieciakowi te polityczne sępy.

Sięgnął zatem po „Eksperymenty” L. Morrisa i usiadł wygodnie na ulubionej sofie w salonie. Była to niedawno opublikowana pozycja traktująca o warzeniu eliksirów. Autor miał nowatorskie podejście do pracy i Severus już zdążył wykorzystać parę jego pomysłów.

Niestety nie dane było mu długo cieszyć się odpoczynkiem.

Kominek rozbłysnął i już po chwili na zielonym dywaniku stał Albus Dumbledore.

Severus jęknął w duchu. Dwa dni. Dwa marne dni spokoju od beztrosko uśmiechającego się czarodzieja błyskającego raz po raz swoimi niebieskimi patrzałkami i jego wszędobylskich dropsów. Co takiego w poprzednim życiu uczynił, że w obecnym tak go Bóg pokarał?

Nie żeby w Boga wierzył, a przynajmniej nie w jakiegoś konkretnego. Za nic nie przemawiały do niego wizerunki brodatego staruszka, jakie widział kiedyś na mugolskich obrazach. Nie wykluczał jednak, że coś tam na górze istnieje, skoro istnieją duchy i dusze. Jako człowiek uznający hierarchię mógł przystać na to, że ktoś musi być szefem tego niebiańskiego panteonu i wszystkim zarządzać. I podejrzewał, że ten ktoś bardzo go nie lubi. Nie sądził jednak, że ludzkie wyobrażenie o tej, jak by to nazwać... sile wyższej było choć w połowie prawdziwe. Ludzie nigdy nie byli zbyt inteligentnymi istotami, więc nie było sensu posądzać ich o trafne wnioski w tak enigmatycznej kwestii. Hm... chyba zboczył z tematu...

Mistrz eliksirów spojrzał na dyrektora z lekkim zagubieniem w oczach.

— Musimy porozmawiać — oznajmił Dumbledore poważnym tonem zamiast zwyczajowego powitania.

Snape wygiął brew w zaskoczeniu i odłożył książkę na kawowy stolik.

— Podejrzewam, że czytałeś…? — zaczął, a Albus przytaknął.

— To pozostawia nam małe pole manewru. Między innymi dlatego tu jestem.

— Zapraszam zatem do mojego gabinetu…

— Przykro mi, ale musisz udać się ze mną do Hogwartu.

To zdziwiło mistrza eliksirów jeszcze bardziej.

— Co jest aż tak ważne, aby wracać do Hogwartu, który został zapieczętowany na czas konstrukcji nowych osłon?

— Sam Hogwart owszem, ale nie dyrektorski gabinet. Znajduje się tam pewien artefakt, który będzie nam potrzebny. Myślodsiewnię mam na myśli.

Snape już o nic więcej nie pytał. Wbrew pozorom myślodsiewnie nie były powszechne, a ta konkretna należała do szkoły i jak każdy magiczny obiekt do niej należący zabezpieczono ją zaklęciami uniemożliwiającymi wynoszenie poza mury zamku. Oczywiście dyrektorzy mogli zdjąć czar, lecz zabieg taki był w tym przypadku zupełnie bezsensowny.

Wstał ciekawy, jak bardzo ta wizyta wiązała się z Czarnym Panem. Wiedział, że Albus od lat gromadził o nim informacje, choć tajemnic uzyskanych w ten sposób nie zdradzał nikomu. To tylko wzmogło zainteresowanie. Czyżby było coś, czym dyrektor chciał się podzielić?

Podróż międzykominkowa minęła błyskawicznie. Zanim się obejrzał, siedział przed masywnym biurkiem w okrągłym gabinecie i spoglądał z wyczekiwaniem na dyrektora. Albus ostrożnie odkorkował fiolkę i przelał wstęgę myśli do naczynia.

— Zanim zobaczysz to wspomnienie, chciałbym omówić z tobą parę spraw. — Czarodziej zamilkł na moment, skupiając wzrok na pomarszczonych dłoniach. — Niedawno trafiłem na pewną informację, która stawia nasz problem w zupełnie nowym świetle. Jestem przekonany, że to wspomnienie nie miało do mnie trafić i tylko przypadek sprawił, że tak się stało.

Kątem oka Severus zauważył, że poprzedni dyrektorzy Hogwartu przysłuchują się rozmowie z najwyższą uwagą. Tylko nieliczni udawali, że śpią. Nie dziwił się im. Cokolwiek Dumbledore chciał przekazać, musiało być bardzo ważne. Całe ciało starszego czarodzieja było napięte, twarz niezwykle poważna, a wzrok skupiony.

— Gazety zdążyły już poinformować społeczność, iż Petunia Dursley zrzekła się opieki nad Harrym. Po śmierci jej męża i syna nie chce mieć z chłopcem nic wspólnego. Obecnie powinien trafić do sierocińca, jako że nie posiada zastępczych opiekunów.

Severus prychnął.

— Doprawdy, świat będzie się bił o Pottera. Każda rodzina zechce się nim zaopiekować, chociażby Weasleyowie. W czarodziejskim domu ustawienie odpowiednich osłon nie będzie problemem, więc nie sądzę, że trzeba się martwić o bezpieczeństwo.

— Aplikacja Weasleyów zostanie z miejsca odrzucona z powodu statusu finansowego.

— To sam go adoptuj. Będzie problem z głowy.

— I naprawdę myślisz, że Korneliusz na to pozwoli? Będzie chciał go wykorzystać dla wzmocnienia własnej pozycji, która w ostatnim czasie mocno osłabła. Uzyskanie prawnej opieki nad Harrym Potterem to najlepsze i najbardziej oczywiste rozwiązanie. Pozwoliłem sobie zrobić pewien rachunek. O ile Wizengamot jest zupełnie niezależny od ministra, o tyle komisja ustanawiająca pomniejsze rozporządzenia podlega jego bezpośredniej dyrektywie. Zarząd składa się z siedmiu osób, z czego pięcioro z nich zgodzi się na każdą propozycję Korneliusza.

Snape zmarszczył brwi. Musiał przyznać Albusowi rację. Knot był głupcem. Potter będzie miał marne szanse przeżycia, jeśli znajdzie się pod jego „opieką”. Nie mówiąc już o tym, że do tej pory nikt nie miał pojęcia o rzeczywistym zdrowiu chłopca. Co się stanie, jeśli wszystko wyjdzie na jaw? Pewne znów wybuchnie zamieszanie, rozpoczną się dochodzenia w sprawie tego, kto podszywał się pod Pottera, skoro ten był nieprzytomny, a oskarżenia spadną na Albusa Dumbledore’a. Zakon straci protektorat i będą musieli pozwolić zamknąć Pottera w Św. Mungu. Nawet zakładając optymistyczną wersję, że ministerstwo wystarczająco zabezpieczy Oddział Magourazów przed atakiem ze strony śmierciożerców, a chłopak po kilku dniach wyzdrowieje, nie można zapomnieć o politycznych naciskach. Snape z odrazą stwierdził, że cóż z tego, że Potter będzie w fatalnej kondycji jeszcze przez długi czas po przebudzeniu? Społeczność będzie wymagała od nowego wychowanka ministra udziału w bankietach i publicznych wydarzeniach. Knot nawet nie mrugnie okiem, aby się temu sprzeciwić, nawet jeśli Potter będzie słaniał się na nogach. Czarny Pan natomiast wykorzysta każdą sytuację, by porwać chłopca.

— Ile mamy czasu?

— Procedury są w tym przypadku nieubłagane. Formalności potrwają miesiąc, choć można się spodziewać, że Korneliusz będzie chciał wszystko przyspieszyć. Prasa oszalała, bo według prawa Harry powinien natychmiastowo znaleźć się w placówce. Obecnie dokładam wszelkich starań, by to opóźnić, ale nie zostało nam wiele czasu.

Snape już widział oczami wyobraźni nagłówki rozpływające się nad biednym zbawicielem czarodziejskiego świata, który trafia do sierocińca. I oto Korneliusz Knot, Minister Magii we własnej osobie, bierze pod swoje skrzydła skrzywdzonego chłopca. Idealna kampania reklamowa.

— Co więc proponujesz?

Albus złączył końce długich palców i spojrzał uważnie na Severusa.

— Jest szansa, że adopcja nie będzie konieczna. Znalazłem biologicznego ojca Harry’ego.

— O-ojca? — wykrztusił Snape. — Ale… Lily… James? Przecież to niemożliwe. Bachor wygląda jak jego kopia! Talent do Quidditcha...

— Są zaklęcia — odrzekł spokojnie dyrektor, powstrzymując swojego podwładnego przed przytaczaniem kolejnych niezbitych dowodów, że Harry Potter to zminiaturyzowana wersja Jamesa Pottera. — I wiele razy powtarzałem ci, że James był ścigającym, a nie szukającym. Umiejętności Harry’ego są zupełnie innej natury, nawet jeśli dotyczą tego samego sportu.

— To niemożliwe — powtórzył Snape, wciąż próbując przyswoić tę nową informację. — Jesteś pewien?

— W zupełności.

Nagle postawa Snape’a diametralnie się zmieniła.

— Proszę, proszę, kto by przypuszczał. Kto jest więc ojcem? Poczekaj, niech zgadnę, ten kundel Black? Ale nie… wnioskuję, że nie może chodzić o zbiega. A może jego ukochany wilkołak od siedmiu boleści? O, to by było dobre. Cóż za ironia, najspokojniejszy w stadzie pokazał ostre pazury. Hm... A może Michael? Pracowali razem w Zakonie, zanim zaczęła chodzić z Potterem. Zawsze patrzył zazdrośnie na Lily...

Severus widocznie upajał się hańbą Jamesa Pottera. Ten głupiec poświęcił swoje życie, broniąc czyjegoś bękarta. Być może nawet bękarta swojego najlepszego przyjaciela. Och, musi się teraz przewracać w grobie, pomyślał z satysfakcją, ród Potterów wymarł bezpowrotnie i nawet jeśli nazwisko się zachowa, to i tak już żaden z nich nie postawi stopy na tym świecie.

Tak, to była chwila chwały Severusa Snape’a.

Temu wszystkiemu ze stoickim spokojem przyglądał się Albus Dumbledore. Gdyby mistrz eliksirów nie był tak zajęty mentalnym świętowaniem, zauważyłby niebezpieczne migotanie w jego oczach i błąkający się na ustach lekki uśmiech, który częściowo przykrywała długa broda. Taka postawa dyrektora powinna natychmiast zaalarmować mężczyznę. Zbyt radosny Dumbledore oznaczał tylko i wyłącznie kłopoty.

— Myślę, że najlepiej będzie, jeśli po prostu zobaczysz to wspomnienie.

Wreszcie tknęła go podejrzliwość. Nie miał pojęcia, czemu Albus postanowił podzielić się tym wspomnieniem akurat z nim. Czyżby chciał, żeby Severus skontaktował się z ojcem chłopca? Zerknął na myślodsiewnię, tym razem z lekkim niepokojem. No cóż… jeśli czegoś się w życiu nauczył, to tego, że nie ma sensu odwlekać niepewnych czy nieprzyjemnych spraw, bo i tak w cudowny sposób nie znikną ani nie staną się łatwiejsze.

Wziął głęboki wdech i już po chwili opadał w gęstą toń wspomnień.

Jego nogi uderzyły o podłogę. Rozejrzał się. Stał w niewielkiej sypialni, w której panowała duchota pomimo otwartego na oścież okna. Popołudniowe słońce wlewało się gorącym strumieniem przez firanki, a za oknem zielenił się zadbany ogród. Musiał być środek lata.

Ta mało znacząca myśl uleciała mu z głowy, gdy zobaczył Lily siedzącą na szerokim łóżku i tulącą do siebie małe zawiniątko. Wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętał; te same płomienne włosy oraz jasnozielone, ocienione długimi rzęsami oczy zdobiły delikatną, pociągłą twarz.

Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że w pomieszczeniu znajdował się ktoś jeszcze. Tego siwego, pomarszczonego mężczyznę Snape rozpoznałby wszędzie. Od razu zrozumiał, że to niego należy wspomnienie. Był to Septimus Weasley, dobry przyjaciel Albusa i niezwykle uzdolniony magomedyk, który działał na rzecz Zakonu za czasów Pierwszej Wojny.

— Harry nie jest Jamesa — przemówiła Lily drżącym głosem. Po jej policzkach spłynęły świeże łzy. — Harry nie jest jego!

— Lily, uspokój się, skąd możesz to wiedzieć?

Ale Lily nie odpowiedziała, dusząc się szlochem. Patrzyła na skulone zawiniątko w ramionach z czystą miłością, ale i desperacją.

— Co powie James? Mój boże, oni tak się nienawidzą... Nigdy Harry’ego nie pokocha.

— Nie mów tak — zganił ją czarodziej. — To także twoje dziecko, a ciebie kocha. Pokocha i jego.

Lily pokręciła głową. Jej twarz była blada z emocji i zmęczenia po porodzie.

— Nigdy mi tego nie wybaczy. Dziecko z innym mężczyzną i do tego ze znienawidzonym wrogiem? Jamesa nie będzie obchodziło, że zanim go odnaleziono, wszyscy byli przekonani, że nie żyje. Magiczny świat wyjątkowo jasno daje do zrozumienia, co myśli o bękartach.

Ostatnie słowo wypluła ze złością, jakby było czymś obrzydliwym, czymś, co podobnie jak słowo szlama, nigdy nie powinno znaleźć się w słowniku.

Snape wiedział, że Lily ma rację. Nie miało znaczenia, kiedy dziecko zostało poczęte ani w jaki sposób. W czarodziejskim świecie hańbą było posiadanie potomka spoza małżeńskiego łoża. Nawet mimo coraz popularniejszych związków partnerskich, etykieta nadal wymagała, żeby przed narodzinami zawrzeć śluby. To było coś, czego czarodzieje pochodzący z nowoczesnych mugolskich rodzin nie potrafili zrozumieć; że w takich chwilach nie liczyła się miłość a obowiązek i tradycja.

Spojrzenie Lily na moment stało się nieobecne, kiedy kolejno przywoływała z pamięci wydarzenia sprzed niemal roku. Nie musiała się zwierzać ani tłumaczyć. Snape rozumiał jednak, czemu to zrobiła, a także czemu wybrała właśnie Septimusa na swojego powiernika.

Lily kontynuowała cichym, zrezygnowanym głosem:

— Tamtej nocy coś się we mnie złamało. Remus przekazał mi, że odkryto jedną z pomniejszych kryjówek Voldemorta. W celach pod ziemią przetrzymywano ludzi; czarodziejów, jak i mugoli. To nie było więzienie a grobowiec. Ciała zmasakrowano i tylko jednej osobie udało się tamten koszmar przeżyć. Wyszło na jaw, że Voldemort przetrzymał ich, by śmierciożercy mogli testować nowe klątwy oraz eliksiry. — Przerwała na chwilę, by wziąć uspokajający oddech. — Wszyscy powtarzali mi, że James nie wróci, żebym nie łudziła się i zaczęła żyć na nowo. Nie chciałam tego słuchać, ale kiedy Remus opowiedział mi, co robią z jeńcami... — W głosie wyraźnie pobrzmiewało echo tamtych chwil; przerażenia, bezsilności, rozpaczy. — W końcu nawet ja musiałam się z tym pogodzić.

Lily machinalnie pogładziła chłopca po czarnych włoskach.

— Zrozumiałam też, że było coś, co mogę zrobić. Coś, co mogę zmienić. Septimusie, on nie wiedział, co go czeka, jeśli zostanie śmierciożercą. Nie miał pojęcia, kim naprawdę jest Voldemort. Rodzina cały czas wmawiała mu, że to wyjątkowo potężny czarnoksiężnik pragnący wprowadzić siłą nowy system, a on jest po prostu szaleńcem.

Kolejne słowa wypowiedziała niemal szeptem:

— Nie chciałam stracić także jego. Nie miał jeszcze znaku i była szansa, że zmieni zdanie. Poszłam z nim porozmawiać, ale wtedy wszystko wymknęło się spod kontroli. Jednak nie sądziłam, że… Nawet nie pomyślałam, że…

Lily zamilkła. Staruszek obserwował ją przez długą chwilę. W końcu zadał pytanie, które musiało paść:

— Jesteś pewna, że to dziecko Severusa?

Snape wzdrygnął się, jakby dostał w twarz. Od jakiegoś czasu wstrzymywał oddech, przeczuwając, co usłyszy, ale ani przez chwilę nie chciał w to wierzyć. Teraz miał wrażenie, że coś ciężkiego opadło mu na dno żołądka, a grunt zaczyna niebezpiecznie usuwać się spod stóp.

Lily skinęła głową, a kolejne łzy spłynęły po policzkach.

— Jego sygnatura… — wyszeptała, patrząc na pogrążoną w śnie twarz niemowlęcia. — Jest tak podobna do jego, a jednocześnie tak inna.

— Umiesz rozpoznawać sygnatury?

Głos staruszka zabarwiało zupełne zaskoczenie, ale i podziw. Rozpoznawanie sygnatur było unikatową umiejętnością.

Kobieta przytaknęła.

— Zrób coś, błagam… zanim James wróci. Musisz mi pomóc, on nie może się dowiedzieć.

Septimus westchnął.

— Mogę rzuć Zaklęcie Przynależności, ale będzie działało tylko, jeśli jako matka zaakceptujesz warunki zaklęcia. Utrzyma się do czasu, aż biologiczny ojciec odrzuci twoje warunki i zaakceptuje własne. Czar działa więc na zasadach magicznego kontraktu. Chłopiec będzie wyglądał jak James i nawet jego sygnatura ulegnie lekkiej zmianie. Nie jestem w tej dziedzinie ekspertem, ale istnieje niebezpieczeństwo, że doświadczony czy potężny czarodziej rozpozna odcisk biologicznego ojca. Nie można bowiem wymazać informacji z identyfikacji sygnatury. Można je jedynie dodać lub ustalić, które są priorytetowe.

— Myślisz, że Dumbledore mógłby…?

— Jeśli wiedziałby, gdzie szukać, owszem. Musisz mieć świadomość, że użycie tego zaklęcia bez zgody ministerstwa jest nielegalne i grozi więzieniem w Azkabanie. Prawo wyraźnie potępia zatajenie prawdy o istnieniu potomka i spadkobiercy przed biologicznym ojcem.

Lily oderwała wzrok od syna, a na jej twarzy pojawił się wyjątkowo zacięty wyraz.

— W porządku, użyjesz mojej różdżki. Severus nigdy się nie dowie. Teraz jest sługą Voldemorta… — Urwała, a jej oczy rozszerzyły się w nagłym zrozumieniu. — Dziecko śmierciożercy…

Zgroza tych słów przesiąkła powietrze jak trujący gaz. Od kiedy Voldemort przestał się kryć ze swoimi zamiarami, Zakonowi udało się zebrać sporo informacji na temat śmierciożerców. Mroczny Znak, jaki otrzymywali, był rodzajem magicznej więzi, którą zerwać może tylko jej stworzyciel. Jak każdy magiczny pakt, kontrakt czy przyrzeczenie rządzi się własnymi prawami. W tym szczególnym przypadku jednym z warunków było, iż właściciel więzi może zażądać posłuszeństwa od jego potomków. Oznaczało to, że kiedy Harry osiągnie pełnoletniość, mógłby zostać zmuszony do zostania śmierciożercą. W tej kwestii nie miałby żadnego wyboru.

— A więc niech będzie — zgodził się Septimus.

Magomedyk sięgnął po różdżkę. Przez chwilę przymierzał ją w dłoni, oswajając się z obcą magią. W końcu skierował jej koniec na niemowlę. W pomieszczeniu rozbrzmiała długa, skomplikowana inkantacja, a wokół zawiniątka rozprzestrzeniło się łagodne światło.

Kiedy ostatnie słowa ucichły, wspomnienie zaczęło się rozmywać. Ostatnie, co Severus usłyszał, nim myślodsiewnia go wyrzuciła, był głośny płacz dziecka.

Chwilę potem siedział przed dyrektorskim biurkiem w okrągłym gabinecie.

— Bogowie — wychrypiał i spojrzał na Albusa zszokowanym wzrokiem. — Bogowie…

Ukrył twarz w dłoniach i skulił się jakby pod naporem wiadomości. Trwał tak przez kilka sekund, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność. W końcu uniósł bladą twarz pełną bólu, niedowierzania i wstrząsu. Jednak już po chwili powróciła złość, tak potworna, tak straszna, że portrety zachłysnęły się ze zdumienia.


______________________________
[1] Cytat z ostatniego rozdziału „Harry'ego Pottera i Kamienia Filozoficznego”.


6 komentarzy:

  1. Czytałam z zapartym tchem! Myśloodsiewnia, Lily, Harry dzieckiem Snape'a, sygnatury... Och, jak pięknie to wszystko opisujesz. Jesteś czarodziejką pióra, uwierz mi!

    OdpowiedzUsuń
  2. OMG.... musza czytać dalej... *.*

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj....Mam nadzieję, że to opowiadanie szybko się nie skończy?...

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej,
    no właśnie bardzo ciekawe czy przypadek czy celowe działanie sprawiło, że i to wspomnienie znalazło się w rękach Dumbledora wśród tamtych wspomnień... Severus i te jego reakcje naprawdę wspaniałe, mam nadzieję, że zaakceptuje Harrego jako syna...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej,
    bardzo ciekawe czy przypadek czy celowe działanie sprawiło, że i to wspomnienie znalazło się w rękach Dumbledora wśród tamtych wspomnień... Severus i te jego reakcje sâ naprawdę wspaniałe, mam nadzieję, że zaakceptuje Harrego jako syna... Harry nie powinien cierpieć...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej,
    rozdział jest swietny, bardzo ciekawe czy to przypadek czy celowe działanie sprawiło, że i to wspomnienie znalazło się w rękach Dumbledora wśród tamtych wspomnień... Severus i te jego reakcje są naprawdę wspaniałe, mam nadzieję, że zaakceptuje Harrego jako swojego syna w końcu... Harry nie powinien tak cierpieć...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Iza

    OdpowiedzUsuń

Rss Mail Blogger Wykop Facebook Twitter More