Rozdział 21. Malfoyowie

Czym w końcu jest kłamstwo? Prawdą w masce.
— George Byron


Serce waliło mu w piersi, a stopy przywarły do podłogi, gdy sparaliżowany wpatrywał się w Malfoya. Nagle koniec laski opadł na posadzkę, a stukot rozbrzmiał nienaturalnie głośno w pustym korytarzu, przerywając stupor, i wszelka racjonalna myśl uciekła z głowy Harry'ego. Zanim zdążył się zastanowić nad tym, co robi, sięgnął do kieszeni po różdżkę. Ledwie jednak dotknął drewna koniuszkami palców, dłoń Snape'a zacisnęła się na jego prawym ramieniu, zapobiegając katastrofie.

— Lucjuszu — powitał Snape, skupiając na sobie uwagę arystokraty. — Właśnie zmierzaliśmy do atrium. Zechcesz nam towarzyszyć czy masz może coś ważnego do załatwienia?

— Właściwie to już skończyłem — odparł mężczyzna.

Snape przeniósł wzrok na prawo, gdzie na drzwiach złote litery układały się w napis „Rada Nadzorcza”.

— Kolejna petycja? — zgadł, na co Malfoy skinął głową.

Razem ruszyli w kierunku wind. Harry czuł się oszołomiony całą sytuacją i nie bardzo był świadom tego, co się wokół niego dzieje. Snape, z dłonią wciąż oplatającą jego ramię, praktycznie ciągnął go za sobą.

— Czyżby nie podobał ci się wybór nowego nauczyciela obrony? — zagadnął Snape jakiś czas później lekko rozbawionym tonem, świadczącym o tym, że co roku odbywali tę samą rozmowę.

— Nigdy mi się nie podobał. Kandydatury pozostawiają wiele do życzenia, ale to nie znaczy, że Dumbledore może robić, co mu się żywnie podoba. Wystąpiłem też z propozycją zwolnienia tego bezużytecznego ducha. Niestety zdaniem reszty członków rady trzeba ciąć koszty, a że duchy nie potrzebują pensji... Słowo daję, gdyby Narcyza nie uparła się trzymać Draco blisko domu, już dawno przeniósłbym go do Durmstrangu. Czasami nawet kusi mnie, by samemu złożyć aplikację, chociażby tylko po to, by zobaczyć minę Dumbledore'a na jej widok. Myślisz, że zaryzykowałby gniew rady, odrzucając ją na rzecz jakiegoś mieszańca?

— Z pewnością. Ale ty jako nauczyciel? Ciężko mi to sobie wyobrazić.

— Tak, tak, zbyt plebejskie zajęcie jak dla Malfoya — skonstatował Lucjusz wyniośle.

Głośne podzwanianie i zgrzytanie oznajmiło nadejście windy. Kraty rozsunęły się i weszli do środka. Oprócz nich jedynym pasażerem był niski, korpulentny czarodziej z nosem tkwiącym w książce. Kilka fioletowych samolocików leniwie krążyło nad jego głową, rozpraszając światło z lampy wiszącej u sufitu. Ciągłe migotanie wywoływało wrażenie, jakby nagle znaleźli się na parkiecie dyskoteki. Harry próbował ukryć się za górującą postacią Snape'a, ale i tak czuł mrowienie na skórze, gdy od czasu do czasu zaciekawione spojrzenie Malfoya wędrowało w jego stronę.

Krata zamknęła się hałaśliwie i winda ruszyła w górę.

— Uważaj — ostrzegł Snape. — Bo uznam, że celowo próbujesz mnie obrazić.

— Nie miałem takiego zamiaru — powiedział Lucjusz z udawaną skruchą. — Wiesz, że szkolną edukację mam w wysokim poważaniu, ale wyobrażasz sobie, co na taki pomysł powiedziałby portret Abraxasa? Nie uciszyłbym jego krzyków przez kolejny miesiąc. Poza tym nie mam cierpliwości do bachorów.

— A kto ma? — zripostował Snape. — Choć jestem nauczycielem, cierpliwość zdecydowanie nie należy do moich cnót.

Najwyraźniej Lucjusz stwierdził, że pora zademonstrować, jak w istocie mało cierpliwości posiada, bo porzucił temat na rzecz kwestii bardziej go interesującej. Harry aż wzdrygnął się na ten okropny, przeciągający sylaby głos, którym Lucjusz zaobserwował jakby od niechcenia:

— My tu gadu, gadu, a zdaje się, że zapomniałeś przedstawić tego nieśmiałego młodzieńca.

— Wolałem mu oszczędzić twoich dociekań najdłużej jak się da — odparł Snape ze znanym sobie sarkazmem.

Winda zatrzymała się. Towarzyszący im czarodziej wysiadł, ani razu nie odrywając wzroku od książki, a za nim, jak kaczątka za mamą kaczką, podążyło kilka samolocików. Kiedy krata wróciła na swoje miejsce, Lucjusz przemówił urażonym, niemal płaczliwym tonem, który bardzo przypominał Harry'emu Draco Malfoya.

— Nie bądź draniem. Od pierwszej chwili zastanawiało mnie, jakie to sprawunki zaprowadziły cię na piętro Departamentu Czarodziejskiej Rodziny.

— Na pewno masz swoje domysły — droczył się Snape.

— Naturalnie, ale żaden domysł nie dorówna niepozostawiającej wątpliwości deklaracji.

Snape pokręcił głową ze zrezygnowaniem, ale jego wąskie usta ułożyły się w lekki uśmiech.

— Lucjuszu, pozwól mi przedstawić mojego syna, Alana Snape'a.

Jasna brew uniosła się w górę z zaintrygowaniem.

— A jednak… Przyznam, że podobieństwo jest niezwykłe. Wszystko wskazuje na krew Prince'ów i Snape'ów. Zastanawia mnie tylko, czemu, na Merlina, nikt nie wiedział, że dorobiłeś się syna? Niemniej — Lucjusz wyciągnął ku Harry'emu opierścienioną dłoń — miło mi pana poznać, panie Snape.

Pomimo wielkich chęci, aby zachowywać się naturalnie i nie zwracać na siebie jeszcze większej uwagi, Harry nie potrafił zmusić się do uściśnięcia dłoni.

Snape westchnął ze zniecierpliwieniem.

— Musisz mu wybaczyć. Nie bez powodu nie chciałem skupiać na nim uwagi. Ale to nie jest temat na rozmowę w windzie — dokończył, gdy krata po raz kolejny się rozsunęła, wpuszczając dwie czarownice w średnim wieku, które trajkotały z przejęciem o nowym artykule zamieszczonym w „Proroku Codziennym”.

— Chętnie zatem usłyszę więcej w bardziej dogodnym miejscu. Co powiesz na filiżankę herbaty w Malfoy Manor? Narcyza ucieszy się z twojej wizyty.

W jednej chwili Harry'ego zmroziło, jakby ktoś wylał na niego kubeł zimnej wody, podczas gdy stał na dworze w temperaturze minus dwudziestu stopni. Wbił wzrok w bok głowy Snape'a i powtarzał w myślach jak mantrę: powiedz nie, powiedz nie, powiedz nie.

Na chwilę czarne oczy spoczęły na Harrym.

— No nie wiem, Lucjuszu. Dzisiaj mamy za sobą długi dzień. To był niemal ostatni dzwonek przed rozpoczęciem roku szkolnego, by zaopatrzyć się we wszystkie potrzebne rzeczy.

— Ani Narcyza, ani Draco nie darują mi, jeśli stracę okazję do namówienia cię choćby na moment. Wystarczająco często Draco wiercił mi dziurę w brzuchu w tej sprawie.

Snape zastanowił się nad propozycją.

— W porządku, ale naprawdę tylko na chwilę.

Chłodny kobiecy głos obwieścił „atrium”.

Harry podążył za Snape'em, mając wrażenie, jakby ziemia usunęła mu się spod stóp. Ledwo zarejestrował, gdzie się kierowali i że stanęli w kolejce do jednego z wielu kominków. Wszystko dochodziło do niego jak z oddali i jedyne, czego był tak naprawdę świadom, to przypływu przeogromnej ulgi, kiedy po słowach „zobaczymy się na miejscu” Lucjusz zniknął w wirze płomieni.

Wciąż roztrzęsiony, z nerwami napiętymi jak postronki, Harry wpatrywał się w miejsce, w którym moment temu lśniła platyna włosów. Perspektywa pójścia do domu Malfoyów sprawiała, że gula podchodziła mu do gardła.

Nie potrafił tego zrobić. Po prostu nie potrafił.

— J-jak m-mogłeś się z-zgodzić?

— Lucjusz jest moim wieloletnim znajomym. Byłoby podejrzane, gdybym odmówił. Nawet jeśli wymigałbym się, twierdząc, że w domu czeka na mnie niedokończony eliksir, dostalibyśmy zaproszenie na jutro, a wtedy Narcyza chciałaby zjeść z nami obiad, co oznaczałoby większą ilość czasu spędzoną w towarzystwie Lucjusza.

— To pozwól mi wrócić do domu — powiedział gorączkowo Harry, chwytając dłonie Snape'a i potrząsając nimi w rozpaczliwej próbie sprawienia, żeby zrozumiał. — Możesz iść beze mnie.

— Lucjusz zaprosił nas obu. Łatwo wytłumaczę twoje nietypowe zachowanie, ale nie możesz nie iść.

Harry okręcił się na pięcie. W tym momencie nie potrafił patrzeć na Snape'a. Przejechał dłonią przez włosy z frustracji, czując w kącikach oczu pieczenie.

— Dasz sobie radę — kontynuował Snape. — Po krótkiej rozmowie Draco z pewnością zaciągnie cię do swojego pokoju, zostawiając nas, dorosłych, w spokoju, żebyśmy mogli kontynuować nudne posiedzenie przy herbacie.

Harry prychnął. Wielka mu zachęta. Spędzanie czasu z najbardziej znienawidzoną osobą z całej szkoły.

— Super popołudnie — zadrwił. — Herbatka z sadystą, który torturował mnie prawie do śmierci. Co będzie następne? Niedzielny obiad z Voldemortem?

Snape odwrócił go gwałtownie za ramię i wysyczał gniewnie:

— Ciszej! — Na szczęście pracownicy ministerstwa byli zajęci własnymi sprawami i w świście kominków oraz gwarze rozmów nikt nie zwracał na nich uwagi. — Wściekaj się, ile ci się podoba, ale idziemy do Malfoyów. Koniec dyskusji. — Wyciągnął z kieszeni woreczek z proszkiem Fiuu i wskazał na kominek. — Mówisz Malfoy Manor. Przejście będzie otwarte.

Z bolesną świadomością, że kolejne protesty na nic się nie zdadzą, drżącą dłonią sięgnął do woreczka. Stojąc w kominku, na chwilę zamknął oczy, a kiedy ponownie je otworzył, surowe rysy twarzy mężczyzny były nieprzejednane jak zawsze i Harry poczuł ukłucie zdrady. Snape wiedział, co Malfoy mu zrobił. Wiedział, jak ciężko było podnieść się po tamtej godzinie. Mimo to zmuszał go do pójścia tam.

Harry przełknął z trudem.

— Malfoy Manor!

Świat zawirował. Po minucie szaleńczego okręcania się Harry zaczął zwalniać, ale wciąż nie był przyzwyczajony do podróżowania w ten sposób. Niezgrabnie wypadł z kominka i to wprost w ramiona Malfoya. Czując na sobie ręce mężczyzny, odskoczył jak oparzony, a następnie cofnął się, aż róg gzymsu wbił mu się w plecy. Lucjusz patrzył na niego z tym samym osobliwym zainteresowaniem, Narcyza wyglądała na skonsternowaną, a Draco miał minę, jakby nie był pewny, co ma myśleć o takim zachowaniu. Twarz Harry'ego zapłonęła czerwienią.

— Ja…

Cokolwiek planował powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, utonęło w nagłym szumie ognia i z paleniska wystąpił Snape.

Ciemne spojrzenie na krótko przeniosło się na Harry'ego, a potem na Narcyzę.

— Cudownie cię znowu widzieć, Narcyzo. Mam nadzieję, że nie sprawiamy kłopotu niezapowiedzianą wizytą? Lucjusz nalegał i zwyczajnie nie mogłem mu odmówić.

Po powitaniu i wymienieniu uprzejmości zostali zaprowadzeni do przestronnego salonu z oszkloną półokrągłą wnęką, która przedstawiała widok na ogród i białe pawie przechadzające się po równo przystrzyżonym trawniku. Gdy każdy zajął miejsce — Severus i Lucjusz na fotelach, Narcyza na szezlongu, a Harry obok Draco na sofie — pyknęło i na stoliku pojawiły się filiżanki oraz czajniczek z aromatyczną herbatą. Zaraz za nimi podążyły talerz czekoladowych muffinek, patera pełna owoców oraz taca różnokolorowych tartinek. Na widok tego ostatniego żołądek Harry'ego upomniał się nieprzyjemnie, więc szybko przywłaszczył sobie jedną, by następnie skubać ją ze wzrokiem wbitym uparcie we własny spodek.

— Jak odnajdujesz się w nowej sytuacji, Alanie? — zapytał Lucjusz, nie pozwalając Harry'emu ignorować tego, co się wokół niego dzieje.

Bez wątpienia wiedziony niezaspokojoną ciekawością próbował wybadać okoliczności nagłego pojawienia się rzekomego syna Snape'a.

— Jest w porządku — odpowiedział Harry zwięźle ku rozdrażnieniu mężczyzny.

— Ach, tak. Oczywiście żywię nadzieję, że Severus nie jest zbyt surowy? Ma w Hogwarcie niemałą reputację, choć nie bez powodu. Warzenie eliksirów to nie przelewki. — Kiedy Harry wymruczał jedynie „oczywiście, że nie”, arystokrata niestrudzenie ciągnął dalej, choć tym razem powieka jego lewego oka drgnęła w nerwowym tiku zdradzającym poirytowanie: — Obawiam się, że umknęło mi imię twojej matki…

— Moja matka nie żyje — wypalił Harry.

Po tym oświadczeniu zapadła niezręczna cisza. Twarz Lucjusza wyrażała zaskoczenie i jego wzrok powędrował do niewzruszonego Snape'a, który przyglądał się całej sytuacji z nieodgadnioną miną. Narcyza natomiast spojrzała na Harry'ego z matczynym współczuciem, co wywołało dziwne skojarzenie z Molly Weasley.

Draco pierwszy przerwał ciszę, nadal wyraźnie zafascynowany faktem, czyim Harry jest synem.

— Naprawdę zamieszkałeś w tym roku z Severusem? To znaczy, zanim przyszliście, ojciec coś wspomniał, ale naprawdę niewiele. Czemu Severus nic nie powiedział? Czy to z powodu…

Draco zrobił dramatyczną pauzę i Harry poczuł się niezręcznie, bo zupełnie nie wiedział, co chłopak miał na myśli.

Draco — upomniała surowo Narcyza. — To niegrzeczne tak wypytywać gościa.

Harry jednak miał wrażenie, że to nie z powodu manier Narcyza mu przerwała.

Na szczęście po tym incydencie nikt więcej nie zadawał osobistych pytań. Tak jak Snape przewidział, dorośli pogrążyli się w rozmowie na bardziej lub mniej istotne tematy jak wzrost kursu galeona kosztem angielskiego funta, spadek cen kamieni szlachetnych, w tym kamienia księżycowego po proszkowaniu będącego przydatnym składnikiem eliksirów, nowym kierunku politycznym obranym przez Knota oraz zdobywającym popularność w ostatnim czasie trendzie w modzie, który polegał na kombinacji strojów czarodziejskich z mugolskimi. Najwidoczniej Gladrag zapoczątkował go, tworząc czarodziejską szatę ślubną przypominającą frak.

Draco nie czekał długo, by zaciągać Harry’ego do swojego pokoju.


* * *


— Pamiętasz może Kathleen Braun? — zapytał Severus.

— Braun… — mruknął Lucjusz. — Niech pomyślę. Braunowie uczestniczyli w kilku ministerialnych bankietach poświęconych zbiórce na cele charytatywne…

— Czy to nie ta ładna brunetka, którą przyjęto do Akademii w tym samym roku, co Severusa? — wtrąciła się Narcyza, patrząc na męża. — Wróciła wtedy prosto z Instytutu Czarownic w Salem. Jej ojciec miał dość konserwatywne podejście, więc wolał, by pobierała edukację otoczona dziewczętami. Severus kilka razy o niej wspominał.

— Racja — odparł Lucjusz mało przekonującym tonem.

Severus nie wątpił, że Lucjusz postanowił zdać się na wiedzę żony. Jako typowy polityk przejawiał tendencję do zapamiętywania rzeczy tylko użytecznych, a Kathleen nie miała wielkiego znaczenia dla świata polityki.

— Narcyza jak zwykle ma niezawodną pamięć — przyznał Severus z lekkim uśmiechem. Odstawił filiżankę i odchylił się na oparcie. — Wiele razy byliśmy parowani przy zaliczeniowych projektach, co zaowocowało późniejszą przyjaźnią, a nawet… czymś więcej. Kathleen zaszła w ciążę niedługo przed zakończeniem wojny.

— Skoro połączyła was romantyczna więź, czemu się z nią nie ożeniłeś? — zapytała Narcyza z dezaprobatą. — Może społeczeństwo jest dużo bardziej liberalne w tych kwestiach niż dawniej, ale przyzwoitość nakazuje postępować w sposób należny naszemu wychowaniu.

Severus przybrał na twarz bolesny wyraz, co nie było trudne, zważywszy na to, że wciąż nie mógł pogodzić się z kłamstwem Lily.

— Byłem nieuważny i zobaczyła na moim ramieniu znak. Niewiele mogłem wtedy zrobić oprócz wymuszenia obietnicy milczenia. — Snape westchnął ciężko. — Od tamtej pory zaczęła mnie unikać. Kathleen nigdy mi nie powiedziała, że jest w ciąży.

W rzeczywistości nie było to aż tak dalekie od prawdy. On i Kathleen nawiązali przyjaźń podczas wspólnej nauki w Akademii, a ich kontakt urwał się po wypłynięciu na świat wiadomości, że jest śmierciożercą. Czasami zastanawiało go, czy gdyby wtedy nie kochał Lily, połączyłoby ich coś więcej. Byli doskonałymi parterami i rozumieli się w lot, choć w tamtym okresie ich relacja skupiała się głównie wokół pracy.

Gdy Severus zdecydował się przyjąć chłopaka jako swojego syna, długo rozważał, jak wytłumaczyć jego nagłe pojawienie się. Jeśli historia miała brzmieć wiarygodnie, nie było miejsca na błąd. Najłatwiejszym rozwiązaniem byłoby powiedzieć, że Alan jest wynikiem przelotnej znajomości z kobietą, której imienia na drugi dzień nawet się nie pamięta, a kiedy w końcu dzieciak zaczął dociekać prawdy o ojcu, trafił na Spinner's End i tym sposobem Severus przyjął obowiązek, jak nakazywała tradycja. To jednak narażałoby chłopca na drwiny, bo na dziecko z przygodnego seksu patrzyło się tak samo źle jak na dziecko ze zdrady. W przeciwnym razie nie istniałoby Zaklęcie Przynależności.

Ale wtedy przyszła mu na myśl Kathleen. Braunowie byli czystokrwistą rodziną z tradycjami, która zniszczona przez terror wojny wyemigrowała do Anglii, by ocalić to, co jeszcze z niej pozostało. Odtąd politycznie neutralni, szanowani, a jednak stojący na uboczu i przede wszystkim nieobracający się w kręgach, o których niewiedzy Severusowi zależało najbardziej. Dodatkowo nikt nie będzie obwiniał kobiety, która chciała chronić dziecko przed kryminalistą. Nawet uniewinniony wciąż posiadał złą sławę i istnieli tacy, którzy wątpili w jego niewinność. To jeden z tych przypadków, kiedy konwenanse przestawały mieć zastosowanie. A ponieważ mimo niewielkiej liczebności czarodziejskie społeczeństwo było niezwykle hermetyczne, nagłe pojawienie się Alana nie powinno wzbudzić podejrzeń. Mało kto przykładowo wiedział, że Albus Dumbledore posiadał siostrę, a sam Severus dowiedział się o tym zupełnie przypadkiem, gdy będąc u Aberfortha, zobaczył portret Ariany. Sporo czystokrwistych rodzin z powodzeniem też ukrywało istnienie charłaków. O Argusie Filchu, pochodzącym z długiej linii Filchów, nikt nie miał pojęcia aż do czasu, gdy Albus zatrudnił go jako woźnego Hogwartu. Rzecz jasna Maurycy Filch był bardzo niepocieszony tym faktem, co skutkowało wielką awanturą w dyrektorskim gabinecie.

— Braunowie byli neutralni politycznie — wywnioskował Lucjusz. — Nie po to uciekli przed rządami Grindelwalda, by mieszać się w kolejną wojnę. A ponieważ podchodzą pod jurysdykcję niemieckiego ministerstwa…

— …dużo trudniej jest dochodzić pewnych rzeczy — dokończył Severus. — Z tym że w przypadku Alana nawet oni mieli nie lada problem.

— Co masz na myśli? — zapytała natychmiast Narcyza. — Biedactwo, sprawiał wrażenie okropnie przestraszonego, kiedy pojawił się w naszym salonie.

Lucjusz parsknął, a następnie zakaszlał, żeby zamaskować ewidentne faux pas i nie narażać się na gniew żony.

— Powinnaś go widzieć w ministerstwie. W windzie chował się za Severusem jak małe dziecko i nie odezwał się ani słowem. Aż zacząłem wątpić, czy w ogóle potrafi mówić.

— Bardzo nieładnie tak mówić o synu przyjaciela — zganiła Narcyza. — Powinieneś się wstydzić.

— Tylko stwierdzam fakty.

Snape zmierzył Lucjusza twardym spojrzeniem.

— Pomimo ujęcia tego w tak obcesowy sposób Lucjusz ma rację. — Przejechał dłonią przez włosy i przez chwilę milczał, udając zastanowienie nad następnymi słowami. W rzeczywistości wszystko miał przygotowane; obaj z Albusem rozważyli każde za i przeciw tej wersji wydarzeń. — Kathleen nie poinformowała ministerstwa, kto jest ojcem, w czym bez wątpienia miały udział jeden czy dwa confundusy. Wiedziała, że jak wielu innym udało mi się wymigać. Po jej nagłej śmierci Alan został posłany do dziadków, a kiedy po kilku latach i oni zmarli, trafił do sierocińca. Niemieckie ministerstwo gruntownie zbadało sprawę, ale mimo to nie udało się im mnie wyśledzić. Podczas gdy urzędnicy gonili własny ogon, Alan przebywał w rodzinie zastępczej, do której nie należeli mili ludzie. Mimo korzeni Kathleen nie umiał niemieckiego, co powodowało dodatkowe problemy. W końcu, po prawie trzech latach, użyto eliksiru i tym sposobem trafił do mnie. Zaledwie tydzień temu odkryłem, że obawiał się, iż będę go karał biciem czy zamykaniem bez jedzenia.

Narcyza wydęła usta w zgorszeniu.

— Nic dziwnego, że jest tak płochliwy. Nie wiadomo, co jeszcze tacy ludzie mogli mu zrobić. Gdy pomyślę, że coś takiego miałoby spotkać mojego Dracona...

— Prosiłbym was o zachowanie dyskrecji. Nie potrzebuję, by szeptano za plecami Alana.

Twarz Narcyzy złagodniała. Następnie kobieta posłała mężowi ostre spojrzenie. Severus roześmiał się w duchu, wiedząc, że Lucjusz jest trzymany na krótkiej smyczy i jeśli nie chce się narażać na gniew żony, nie piśnie niepowołanym osobom ani słówka.

— Oczywiście.

Snape wiedział, że podjął właściwą decyzję. Jeśli w swoim życiu nauczył się czegoś o kłamaniu, to właśnie tego, że najbardziej wiarygodne są kłamstwa oparte na prawdzie. Przedstawienie życia Harry'ego jak najbliżej rzeczywistości — brak rodziców, wychowanie przez krewnych, nawet opowieść o okrutnym traktowaniu w rodzinie zastępczej — wszystko to tłumaczyło jego wcześniejsze zachowanie, a jednocześnie było tak dalekie od tego, w jaki sposób czarodziejski świat postrzegał Chłopca, Który Przeżył, że nikomu nie przyjdzie go głowy, by skojarzyć go z Alanem Snape'em.

Lucjusz przesunął dłonią po brodzie.

— Życie jest prawdziwie pełne niespodzianek. Zatem przyjąłeś go bez zastrzeżeń?

— Krew to krew — odrzekł Snape. — Szczególnie jeśli czysta.

Lucjusz wychylił się do przodu, ukazując rząd białych zębów w szelmowskim uśmiechu.

— A już myślałem, że nie będzie komu kontynuować linii Snape'ów. Nie próżnowałeś. Teraz wreszcie rozwikłało się, dlaczego Severus z takim wigorem spędzał każdy wolny czas w laboratorium. Cóż może być bardziej romantycznego od dwóch zakochanych wspólnie pochylonych nad parującym kociołkiem amortencji?

Narcyza uśmiechnęła się z melancholią.

— Nie ma to jak wspólna pasja, prawda? Pamiętam, jak każdej soboty zabierałeś mnie na tańce, bo oboje uwielbialiśmy tango. — Potrząsnęła głową, otrząsając się ze wspomnień. Następnie zapytała delikatnie: — Czy twój syn wie?

— Tylko część — odparł Snape, odgadując, do czego Narcyza nawiązuje. Wcześniej przerwała Draco, kiedy ten w obecności Harry'ego próbował odnieść się do jego służby u Czarnego Pana. Nie wszyscy śmierciożercy wtajemniczali swoje dzieci z różnych powodów, choć najczęściej z najbardziej prozaicznego: dzieci miewały tendencję do mówienia niewłaściwym osobom niewłaściwe rzeczy. — Ma dopiero piętnaście lat, a do tego przyzwyczaja się do nowego środowiska. Nie mogę zrzucać na niego tak ważnych spraw, licząc, że się po prostu dostosuje.

Lucjusz spojrzał na niego ostro.

— Chyba nie twierdzisz…

— Alan został wychowany w duchu czystokrwistej tradycji — przerwał mu Snape zimno — ale nie będę wymagał od niego czegoś, czego nie rozumie. Wiem, do czego zobowiązuje mnie przysięga. Czarnemu Panu jednak niepotrzebni są nielojalni zwolennicy, bo zostali zmuszeni do służby. Co więcej, nie każdy jest do niej stworzony, bo nie wszyscy mają potrzebną ambicję czy odpowiednie umiejętności.

— Dobrze powiedziane — pochwaliła Narcyza. — Powinieneś brać przykład z Severusa, drogi mężu. Te całe dyskusje o polityce i przyszłości Draco powodują u mnie migrenę. A to jeszcze dziecko.

Lucjusz schował się za filiżankę, bardzo niepocieszony słowami żony. Severusa wiele kosztowało, by się nie roześmiać. Narcyza, podobnie jak reszta Blacków, była nauczona poczucia wyższości nad mugolami, ale w przeciwieństwie do Bellatriks nie przepadała za krwawą polityką Czarnego Pana. Tolerowała wybór męża i wspierała go, ale gdyby Czarny Pan zagroził jej rodzinie, nie wahałaby się wbić czarodziejowi różdżki w plecy przy pierwszej nadarzającej się okazji.


* * *


Pod pewnymi względami pokój Draco był podobny do Harry'ego — był jasny i przestronny, miał wygodne łóżko oraz solidnie wykonane meble. Tutaj jednak podobieństwa się kończyły. Podczas gdy w pokoju Harry'ego znajdowało się zaledwie kilka najważniejszych przedmiotów, półki Draco uginały się od najróżniejszych drobiazgów i pamiątek świadczących o tym, kto w tym pokoju mieszka. Były tam poruszające się figurki różnych gatunków smoków, leniwie unoszący się w powietrzu złoty znicz, pocztówki z wakacji, pudełko z kolekcją czarodziejskich kart, komplet gargulek, zestaw szachów, schludnie poukładane komiksy oraz książki, jak również rodzinne zdjęcia w ozdobnych ramach. Na ścianach wisiały plakaty ulubionej drużyny quidditcha i zespołu muzycznego, w którym Harry rozpoznał Fatalne Jędze, a w kącie stała miotła wyścigowa.

Wszystko to sprawiło, że Harry poczuł ukłucie zazdrości. Jego sypialna w Prince Manor pomimo całego swojego piękna nie wywoływała tego specyficznego wrażenia powodującego, że osoba, która do niej wejdzie, stwierdzi z całym przekonaniem: „to jest pokój Harry'ego”.

— Co chcesz robić? — zapytał Draco, na co Harry jedynie wzruszył ramieniem. — To może szachy?

— Okej, ale nie jestem w nich zbyt dobry.

— Super! Crabbe i Goyle, moi koledzy, są zbyt ciemni, by grać, a ojciec zawsze mnie ogrywa. Czasami przyjdzie Dafne, ale ona woli babskie sprawy jak zbieranie kwiatów i robienie z nich wianków.

Wywrócił oczami, obrazując, co o takim zajęciu myśli. Następnie sięgnął po pudełko szachów i rozsypał figury na stolik przy akompaniamencie okrzyków oburzenia gońców oraz jękliwego zawodu królowej. Figury szybko zaprzestały marudzenia i zaczęły wskakiwać na właściwe miejsca na rozłożonej planszy.

— Dafne?

— Dafne Greengrass. Jest na moim roku w Slytherinie. Ma też młodszą siostrę Astorię. — Draco przekrzywił głowę. — Uczysz się w zagranicznej szkole czy prywatnie?

— Do tej pory prywatnie — mruknął Harry. — Ale Severus zdecydował, że w tym roku idę do Hogwartu.

Draco kiwnął głową, jakby słowa Harry'ego potwierdziły jego przypuszczenia, po czym wykonał pierwszy ruch, przesuwając jeden z białych pionków o dwa pola do przodu.

— To było do przewidzenia, że Severus nie puści cię nigdzie indziej. Bardzo ceni sobie Hogwart, nawet pomimo tego że dyrektorem jest tam Dumbledore.

— A co jest nie tak z Dumbledore'em? — zapytał Harry niemal ostro.

— Żartujesz? Dumbledore to największy miłośnik szlam i zdrajców. Hogwart byłby dobrą szkołą, gdyby nie uczęszczało do niej pospólstwo oraz gdyby nie okrojono programu. Za czasów Dippeta uczniowie poznawali magoznawstwo, magię bezróżdżkową oraz teorię czarnej magii. Jasne, rzadko w której szkole nauczyciele pokazują, jak wykonuje się czarnomagiczne zaklęcia, ale żeby tak zupełnie je wykluczyć? No i nie zapomnijmy, że historii magii naucza duch, który nie potrafi nawet zapamiętać twojego nazwiska i myśli, że świat kręci się wokół wojen goblinów. A już prawdziwym koszmarem są lekcje opieki nad magicznymi stworzeniami prowadzone przez półolbrzyma, który uważa, że interesujące są tylko te stworzenia, które potrafią cię w okamgnieniu rozszarpać.

Harry'ego wiele kosztowało, by nie przywalić Malfoyowi. Tak, zgadzał się, że Binns nie nadawał się na nauczyciela, ale oczernianie Hagrida i lekceważenie osób mugolskiego pochodzenia prawdziwie działało mu na nerwy. Co więcej, nawet jeśli magia bezróżdżkowa brzmiała użytecznie, a magoznawstwo było najwyraźniej odpowiednikiem mugoloznawstwa, to usunięcie czarnej magii wyszło tylko na korzyść. Nie potrzebowali kolejnego Voldemorta. Wystarczyło, że pozbycie się jednego czarnoksiężnika nastręczało problemów.

— Jaki jest twój ulubiony zespół? — zapytał nagle Malfoy, który ewidentnie nie lubił ciszy.

— Quidditcha?

— Aha.

— Sroki z Montrose — odpowiedział Harry, starając się odsunąć irytację na bok. — Są najlepsi. Szkoda tylko, że Murray już nie gra. Potrafiła złapać znicza w rekordowym tempie i nic dziwnego, że w końcu zażądała szybszego. Co to za zabawa skończyć grę, jeszcze zanim którakolwiek z drużyn strzeli gola?

— Ja tam wolę Nietoperze z Ballycastle. Sroki były dobre, ale jakieś pięćdziesiąt lat temu. Natomiast Nietoperze mają świetny styl i są zdeterminowani, a do tego posiadają najlepszą maskotkę w całej Wielkiej Brytanii.

Harry zamrugał i spojrzał na Malfoya, jakby wyrosła mu druga głowa.

— Serio? Ale oni mają Gacka Stodolaka.

— No właśnie! — Draco przybrał poważną minę. — Widziałeś tę reklamę kremowego piwa? Jest nie do pobicia: „Mam bzika na punkcie kremowego piwka”. I to mówi nietoperz.

Harry pokręcił głową. Osobiście nie miał nic przeciwko nietoperzom, ale żeby tak się nimi zachwycać, nawet jeśli występowały w reklamach?

— Szach mat! — wykrzyknął triumfalnie Draco.

Harry spojrzał na szachownicę i westchnął. Szło mu fatalnie, czego jego królowa nie omieszkała mu ze zgrozą wytknąć. Do tego nie pomagało, że wieże i gońce przekrzykiwały się nawzajem, udzielając sprzecznych wskazówek, bo nie chciały zostać zmiecione przez figury Draco. Teraz nie pozostało Harry'emu już żadne pole manewru.

— Wybacz — szepnął do czarnego króla, który szlochał w rozpaczy. Przechylił figurę, sprawiając, że się przewróciła i natychmiast znieruchomiała, co skończyło grę. — Mówiłem, że nie jestem zbyt dobry.

Malfoy machnął ręką, bagatelizując jego słowa.

— Nie było aż tak źle. Powinieneś najpierw zobaczyć Goyle'a i Crabbe'a w akcji. Z tobą przynajmniej można doprowadzić grę do końca, a to zagranie skoczkiem na samym początku było całkiem sprytne.

Chłopak zatrzasnął szachownicę i machnął różdżką, by wysłać ją na półkę.

— Nie wolno czarować poza Hogwartem — wypalił Harry bez zastanowienia.

Za te słowa otrzymał spojrzenie pełne politowania, ale po chwili na usta Ślizgona wypłynął przebiegły uśmieszek.

— Powinienem pamiętać, że znasz Hogwart tylko z opowieści, choć nie mam pojęcia, czemu Severus ci o tym nie powiedział.

— Czego mi nie powiedział?

— Że w czarodziejskich rodzinach tego zakazu nie można egzekwować.

Harry zmarszczył brwi, a jego mina wyraźnie mówiła „a niby dlaczego?”.

Draco przewrócił oczami.

— Niby jak ministerstwo miałoby sprawdzać użycie czarów przez nieletnich? Pomyśl przez chwilę. Ministerstwo jest w stanie wykryć miejsce, w którym zaklęcie zostało rzucone, a nawet w pewnych sytuacjach powiedzieć jakiego rodzaju, ale wystarczą bardzo dobre osłony chroniące dom albo przebywanie na terenie zamieszkałym przez wielu czarodziejów i staje się to zwyczajnie niewykonalne. No chyba że ktoś zbada twoją różdżkę. Dzieje się tak, ponieważ konieczna jest do tego niezwykle rzadka umiejętność czytania sygnatur.

— Och.

Teraz wszystko nabrało sensu. Na drugim roku dostał upomnienie za nielegalne użycie czarów, choć niczemu nie zawinił. On i pani Figg byli jedynymi czarodziejami mieszkającymi w Surrey, więc było mało prawdopodobne, żeby mu się upiekło, zwłaszcza po tym jak Zgredek użył zaklęcia lewitującego akurat w środku salonu pełnego obserwujących to mugoli.

Nagle przypomniał sobie coś i miał ochotę pacnąć się w czoło. Przecież w Prince Manor użył magii! Snape wręczył mu swoją własną różdżkę, żądając rzucenia legilimens. Jakoś wtedy nie pomyślał o tym, że właściwie nie powinien czarować, ale to tylko potwierdzało słowa Malfoya.

Wtem pewna myśl wpadła mu do głowy.

— Czy ministerstwo nie powinno posiadać jakiegoś urządzenia wykrywającego?

— Posiada i zapewniam cię, że ciągle im to pika. Nie ma jednak kto tego odczytywać. Ojciec mówił, że obecnie zatrudniają tylko jedną osobę potrafiącą czytać sygnatury, ale pracuje w dziale kryminalistyki. O ile co lepsi aurorzy rzucają na miejscu zdarzenia zaklęcie skanujące, o tyle ich wyniki nie są stuprocentowo wiarygodne. Żeby stały się dowodem przed Wizengamotem, muszą najpierw zostać potwierdzone ponad wszelką wątpliwość.

Łał. Chyba pierwszy raz w życiu Malfoy brzmiał mądrze. Z drugiej strony tego typu wiedzę wpajano mu od małego.

— Alan, czy ty… pochodzisz z mugolskiej rodziny?

Harry skrzywił się, co Malfoy na szczęście zinterpretował na opak.

— No tak, Severus nie przyjąłby cię, gdybyś był półkrwi. Zapomnij o tym pytaniu.

Jak na ironię Malfoy nieświadomie uderzył w czuły punkt. Snape zaakceptował go tylko dlatego, że wymagała tego sytuacja i w innych okolicznościach prędzej zjadłby swój kociołek, niż zgodził się, by Harry z nim zamieszkał. To w pewnym sensie bolało. Najpierw podrzucono go pod próg Dursleyów, a teraz Snape'a. Gdziekolwiek by nie trafił, nikt go nigdy nie chciał.

Draco rozpostarł się bardziej na sofie.

— No dobra. Mów, o co chodzi. Czemu nagle zamieszkałeś z Severusem i czemu do tej pory nawet słowem o tobie nie wspomniał?

— Myślałem, że twoja mama kazała ci nie wypytywać gości.

Wąska twarz Malfoya wykrzywiła się w rozdrażnieniu.

— Po co ta cała tajemnica? — zripostował. — To jest normalne pytanie, zważywszy, że jesteśmy pośrednio rodziną.

Harry wstał i odwrócił się plecami. To, co Malfoy powiedział, było prawdą, a dalsze unikanie odpowiedzi tylko podsyci ciekawość. Mimo to nie miał ochoty na zwierzanie się z czegokolwiek akurat Malfoyowi. By dać sobie czas, udał zainteresowanie tym, co znajduje się przed nim. Dziabnął chińskiego ogniomiota stojącego na półce, na co ten rozwarł paszczę i machnął ogonem pokrytym szkarłatnymi łuskami.

— Mama obawiała się konsekwencji statusu Severusa jako śmierciożercy, więc nigdy nie powiedziała mu o byciu ojcem. Potem umarła, a dziadkowie nie żyją. Sprawą zajęli się odpowiedni ludzie. Tak trafiłem do Severusa. Koniec historii.

Harry przygryzł wargę. Nawet nie musiał kłamać. Jedyne co zrobił, to ominął kilka kluczowych kwestii. Czy to w taki właśnie sposób Snape oszukiwał Voldemorta? Naginając rzeczywistość, by potem zwyczajnie czekać, aż zostaną wyciągnięte niewłaściwe wnioski?

— Nie musisz być taki niemiły — odparł Draco urażonym tonem.

— A ty nie musisz wtykać nosa w nie swoje sprawy.

— Nie moje? Severus jest moim ojcem chrzestnym. Mam prawo…

— Nie, nie masz — uciął Harry. Odwrócił się, by zmierzyć Ślizgona zimnym spojrzeniem. — Co cię to w ogóle interesuje? I tak niczego to nie zmieni.

Malfoy wstał, a jego szare oczy ciskały błyskawice.

— A może ważny jest fakt, że dla niektórych rodzina coś znaczy, co? Mieszkasz z Severusem? W porządku! Ale nie licz, że nikt nie będzie się interesował tym, co się dzieje w jego życiu. Ojciec specjalnie was zaprosił, a matka ugościła, a zachowujesz się, jakby zrobił ci jakąś wielką krzywdę. Ile to razy zadał jakieś pytanie, które zbyłeś? Nie mam pojęcia, za kogo się masz, ale wiedz, że jesteś zwyczajnie niewdzięczny!

Harry poczuł się, jakby ktoś dał mu w twarz.

Tak, twój ojciec mnie torturował, chciał powiedzieć, przez niego pragnąłem umrzeć. Pragnąłem tego bardziej, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić.

Nagle pokój wydał się zbyt ciasny i duszny. Harry okręcił się na pięcie i ruszył w kierunku drzwi.

— Dokąd idziesz? — rozległ się za plecami zirytowany głos Draco.

— Do Severusa. Najwyższa pora wracać.

Wówczas Harry poczuł mrowienie na karku i instynktownie obrócił głowę. Malfoy stał z uniesioną różdżką i na ten jeden moment czas zatrzymał swój bieg. Widok wycelowanego ciemnego drewna, zmrużonych mściwie oczu i platyny włosów był tak podobny, że dreszcz strachu przebiegł przez ciało Harry'ego niczym elektryczny prąd.

I nagle świat runął do przodu.

Wysokie okna roztrzaskały się obsypując ich gradem szkła, a jasne światło oślepiło, kiedy fala dzikiej magii przetoczyła się przez pokój. Rozbrzmiał odgłos łamanego drewna, dartego materiału, a następnie ogromny łomot.

Kiedy wzrok Harry'ego powrócił, Draco leżał wśród pozostałości stolika jak połamana kukiełka. Nie poruszał się, a z każdą kolejną sekundą pod jego ciałem rosła kałuża krwi.

Harry jedynie potrafił stać w szoku.


* * *


Kiedy skrzat poinformował o połączeniu kominkowym z Adelą Parkinson (najwyraźniej potrzebowała poradzić się w jakiejś bardzo ważnej sprawie dotyczącej bankietu organizowanego przez Rosierów), Narcyza przeprosiła ich na moment i zostali sami. Maska Lucjusza opadła i Severus przyjrzał się uważnie zmęczonej, nieco zszarzałej twarzy, na której przybyło kilka nowych zmarszczek.

— No, no, Czarny Pan musiał być bardzo niezadowolony twoim ostatnim popisem — wbił Severus szpilę. — Nie dość, że straciłeś Pottera, to jeszcze trafiłeś do Azkabanu. Co za strata czasu i energii. Ile tym razem trzymał cię pod Cruciatusem? Kwadrans?

Twarz Lucjusza wygięła się w gniewie, a dłoń ścisnęła laskę z taką siłą, że aż pobladły knykcie. Snape obserwował to z beznamiętnie. W towarzystwie mogli odgrywać dobrych przyjaciół, ale nie zapomniał lekceważącej postawy Lucjusza, kiedy to on, Severus, był w niełasce. Jeśli Lucjusz chce pozostać z nim w dobrych stosunkach, powinien pamiętać, że ich przyjaźń wymaga większej lojalności.

— Zabiję go — wysyczał Lucjusz. — Jeśli kiedykolwiek trafi w moje ręce, przysięgam, że go zabiję. I nie użyję zwykłego niewybaczalnego, ale wyjątkowo bolesnej klątwy, na którą nie ma przeciwzaklęcia. Będzie płakał i błagał o śmierć. — Jego nozdrza zadrżały, gdy ze świstem wypuścił powietrze. — Jak uważasz, co lepsze? Klątwa wypalająca ciało od środka czy zniekształcająca i łamiąca po kolei wszystkie kości?

Snape syknął.

— Jeszcze się nie nauczyłeś? — warknął ze złością. — Jakim idiotą musisz być, że to do ciebie nie dotarło? Czarny Pan chce Pottera dla siebie. Nikt nie ma prawa go tknąć!

— Nie puszczę mu tego płazem! — ryknął Lucjusz, zupełnie tracąc opanowanie. Wstał, górując nad Severusem. Jego nienagannie ułożone włosy rozsypały się spod przepasanej wstążki, a żyła na skroni zapulsowała. — Torturowałem tego bachora przez godzinę, a on nie tylko uciekł, ale już następnego dnia był widziany w ministerstwie! Wiesz, jak to wyglądało? Wyszedłem na kłamcę! Niektórzy nawet drwią, że widocznie straciłem wprawę, skoro nie potrafię poprawnie rzucić niewybaczalnego!

Snape prychnął i również wstał.

— Jesteś naprawdę zdziwiony? Ten dzieciak czterokrotnie pokonał Czarnego Pana. Tak, Lucjuszu, czterokrotnie. Mając zaledwie rok doprowadził do tego, że utracił ciało. Potem mając jedenaście, uniemożliwił mu powrót. I chyba pamiętasz, co się stało z dziennikiem? Nie tylko zabił dorosłego bazyliszka i pokrzyżował plany Czarnego Pana po raz kolejny, ale jeszcze przeżył pojedynek trzy miesiące temu. Bez względu na to, co się o nim mówi i co ja sam o nim myślę, nie należy go lekceważyć.

— Takie słowa od człowieka, który na co dzień liże buty Dumbledore'owi, na pewno są wiele warte.

Dłoń Snape'a drgnęła, ale już po chwili na jego twarzy pojawił się złośliwy wyraz.

— Nie jestem w tym sam. Słyszałem, że skomlałeś o litość niczym pies, gdy Czarny Pan cię przesłuchiwał. Pewnie jeszcze trochę, a dobierałbyś mu się do tyłka. Szkoda tylko, że nie gustuje w mężczyznach...

Malfoy wycelował różdżkę w jego pierś, na co Snape jedynie spojrzał z pogardą.

— Nigdy się nie nauczysz, co? — Przybliżył się o krok, sprawiając, że różdżka bardziej wbiła mu się w pierś. — Nie jesteś jedynym, który potrafi być mściwy. Ci, którzy ze mną zadarli, zawsze gorzko tego żałują i nigdy nie zapominam zdrady. Myślałeś, że Czarny Pan mnie zabije, czyż nie? I nawet by cię to nie obeszło. Stałbyś obok, patrząc na moją śmierć. Gdzie podział się twój honor, Lucjuszu? Gdyby role były odwrócone, ja przynajmniej próbowałbym go przekonać, żeby dał ci szansę.

Nagle Malfoy senior poczuł różdżkę wbijającą się w krocze. Wąskie wargi Snape'a wykrzywiły się drwiąco.

— Gdzie byłby teraz wielki ród Malfoyów, hm? Już zapomniałeś, ile mi zawdzięczasz? Gdyby nie ja, na zawsze pozostałbyś bezpłodny — wycedził w pobladłą z gniewu i upokorzenia twarz Malfoya.

Nagle drzwi się otworzyły. Narcyza wbiła w nich złowrogie spojrzenie.

— Znowu się kłócicie? Ile razy mówiłam, że pojedynki w tym domu są zakazane? Zbyt dużo cennych przedmiotów jest wrażliwych na zabłąkane klątwy. Severusie, powinieneś wiedzieć lepiej. Nie mam zamiaru znowu składać cię z powrotem. Klątwy Lucjusza zawsze są paskudne.

— Ależ oczywiście, Narcyzo — odrzekł Snape przepraszającym tonem. — Wybacz, to było tylko małe nieporozumienie. Jestem pewien, że Lucjusz zrozumiał swój błąd.

Szczęki arystokraty zacisnęły się gwałtownie. Zupełnie zignorował słowa Severusa, zbyt dumny, by potwierdzić je w jakikolwiek sposób.

Nagle z góry doszedł huk i trzy pary oczu spojrzały w sufit.


* * *


Z holu obok dobiegły pospieszne kroki i do pokoju wpadł Snape i państwo Malfoyowie.

— Co tu się dzieje?

— Merlinie!

Narcyza podbiegła do Draco i natychmiast zaczęła rzucać zaklęcia uzdrawiające, nie zważając na to, że klęczy w kałuży krwi własnego syna. Lucjusz natomiast stał przez sekundę jak wyciosany z kamienia. Następnie warknął do skrzata domowego, żądając przyniesienia eliksirów oraz powiadomienia prywatnego magomedyka o nagłym wypadku. Kiedy przerażone stworzenie wykonało rozkaz, Lucjusz okręcił się jak fryga i utkwił stalowe spojrzenie w Harrym. Jego twarz wyrażała czystą furię.

— Ty mały gówniarzu!

Reakcja Snape'a była natychmiastowa. Różdżka znalazła się w jego dłoni, choć powstrzymał się od celowania nią w Malfoya. To jednak wystarczyło, by mężczyzna przestał sztyletować wzrokiem chorobliwie bladego Harry'ego i rozluźnił uchwyt na lasce, w której skrywał różdżkę.

— Ja się tym zajmę — rzekł Snape ostrzegawczym tonem. — Alan, co się stało?

— Ja… ja… nie wiem. Draco. On… uniósł różdżkę i… Nie wiem… Nic nie zrobiłem. N-napra-wdę.

Serce tłukło się w piersi Harry'ego z taką siłą, że miał wrażenie, iż za chwilę z niej wyskoczy. Musiał też być na granicy hiperwentylacji, bo na moment pociemniało mu przed oczami. Zamknął je, ale nawet w ciemności pod powiekami widział krew. Bez względu na to, co powiedział Snape'owi, był winny.

Wzdrygnął się, gdy poczuł na ramieniu dłoń.

— Wszystko w porządku?

Nie ufając swojemu głosowi, Harry jedynie przytaknął mechanicznie.

— Twój syn zaatakował Draco. Musi ponieść karę — zażądał Lucjusz, sprawiając, że Harry zadrżał tak mocno, iż Snape poczuł to pod dłonią nadal spoczywającą na jego ramieniu.

— Gdyby Draco nie podniósł na Alana różdżki, ta sytuacja nie miałaby miejsca.

— To nie usprawiedliwia miotania niebezpiecznych zaklęć w Draco.

— Alan nie użył różdżki — odparł Snape ostro. — Ma zakaz jej używania.

Lucjusz spojrzał na niego ze sceptycyzmem.

— Bez różdżki?

— A widzisz, żeby miał jakąś w ręku? — zadrwił. — Alan ma tendencję do instynktownego reagowania w takich sytuacjach. Rozmawialiśmy już o tym dlaczego.

Bolesny jęk przerwał sprzeczkę. W tym samym momencie w progu zjawił się magomedyk prowadzony przez skrzata.

— Przybyłem, jak szybko się dało — poinformował ich nieco zdyszanym głosem i po szybkiej ocenie sytuacji zabrał się do pracy.

Z pomocą Narcyzy przenieśli Draco na łóżko. Miał złamaną kość ramienną, lekki wstrząs mózgu, a odłamek drewna wbił się w lewy bok, powodując nagły krwotok. Na szczęście obrażenia jedynie brzmiały groźnie, bo dzięki pomocy magii Draco wróci do pełnego zdrowia już następnego dnia. Magomedyk jednak zwrócił uwagę, że gdyby został odrzucony z nieco większą siłą, groziłoby to uszkodzeniem jednego z kręgów, a wtedy rekonwalescencja mogłaby nigdy nie być możliwa. Potwierdził też to, co powiedział Snape. Powodem był niekontrolowany wybuch magii, a nie konkretne zaklęcie.

Narcyza nieustannie przeczesywała złote kosmyki syna, najwyraźniej nie mogąc znieść myśli, jak niewiele dzieliło go od tragedii. Magomedyk rzucił Evanesco na puste fiolki i z trzaskiem zamknął torbę. Przed wyjściem przypomniał jeszcze o zaleceniach i poinformował, że przyjdzie następnego dnia sprawdzić stan pacjenta.

Draco, trochę zamroczony eliksirami, ale przytomny, wyśpiewał całą prawdę — jak on i Alan się pokłócili i jak wyciągnął różdżkę, bo był zły na to, że został zignorowany. O dziwo, nie próbował się usprawiedliwiać ani zwalać winy na Harry'ego, ale Harry podejrzewał, że zwyczajnie nie potrafił kłamać swojemu ojcu.


* * *


Reszta wizyty minęła Harry'emu jak we mgle. Ponieważ gniew Malfoya nie miał konkretnego ujścia, był zły na wszystko i wszystkich, i nawet działania Narcyzy, próbującej jakoś załagodzić sytuację, niewiele pomogły. Przed wyjściem Snape wyraził nadzieję, że ten incydent nie wpłynie negatywnie na relacje pomiędzy ich domami. W odpowiedzi Narcyza uśmiechnęła się blado i uspokoiła, że wina nie stoi po niczyjej stronie — impulsywność Draco nie jest nowością, a reakcja Alana nie wynikała ze świadomego działania.

Gdy wylądowali w Prince Manor, Harry ukrył twarz w dłoniach. Czuł się zupełnie wyczerpany.

— Mówiłem, żeby tam nie iść — mruknął zza dłoni.

Ze strony jego prawego ramienia dobyło się westchnienie.

— Mówiłeś. O co między wami poszło?

Harry potrząsnął głową. Nie chciał o tym mówić. Opuścił ręce i zmrużył oczy, gdy promienie słońca, przenikające przez wysokie okna, oświetliły jego twarz. Aż nie mógł uwierzyć, że wciąż trwało popołudnie. Ten dzień wydawał się być znacznie, znacznie dłuższy.

Nagle poczuł palce Snape'a pod brodą i mężczyzna spojrzał mu w oczy, jakby czegoś szukając, choć co to mogłoby być, Harry nie miał pojęcia.

— Hm, zdaje się, że czeka cię dojrzewanie magiczne.

— Co?

Snape puścił jego twarz.

— Dojrzewanie magiczne. Każdy czarodziej przez nie przechodzi, zanim osiągnie pełnię mocy. Wybuchy magii są jego pierwszymi zwiastunami. Trochę wcześnie, bo zwykle nie następuje to przed ostatnim rokiem edukacji, ale zważywszy na niedawne wydarzenia…

— Jakie wydarzenia?

— Chociażby twoja ucieczka podczas ataku Czarnego Pana. Lucjusz powiedział, że byli o krok od schwytania cię, ale nagle pochłonęła ich nienaturalna ciemność. Nikt nie rzucił w tamtym czasie zaklęcia, a mimo to potrzeba było Finite Incantatem, żeby ciemność się rozwiała. To była twoja sprawka, prawda? Twojej magii.

Harry wzruszył ramionami. Co miał powiedzieć? Prawdopodobnie tak było.

Usiadł na najbliższym fotelu, a gdy jego głowa dotknęła oparcia, zamknął oczy z błogim westchnieniem.

— A nie jest to normalne? — mruknął. — No wiesz, jak podczas dzieciństwa?

— Po pierwszym roku edukacji czarodziej traci umiejętność samodzielnego czerpania z wewnętrznego źródła magii aż do momentu rozpoczęcia nauki zaklęć bezróżdżkowych, jako że różdżka koncentruje ją i amplifikuje, dzięki czemu stajemy się precyzyjni w tym, co chcemy osiągnąć. Tylko w momencie wielkiego zagrożenia czy wściekłości kontrola ta może zostać zachwiana, a i to nie zdarza się często.

Harry uchylił powieki, by spojrzeć na Snape'a, który podążył jego śladem i usiadł w fotelu naprzeciwko.

— To skąd wiesz, że to nie była taka sytuacja? Że moja magia sama zaskoczyła. Pamiętaj, że raz nadmuchałem ciotkę Marge.

— Nie przypominam sobie, by się objawiła, kiedy Czarny Pan trzymał cię przywiązanego do nagrobka na cmentarzu — skomentował Snape obcesowo. Harry zrobił gniewną minę. — W ostatnich tygodniach natomiast zaczęła dawać się we znaki nawet w tak prozaicznych sytuacjach jak sprzeczka przy stole.

Twarz Harry'ego zapłonęła z zażenowania, gdy przypomniał sobie, jak cała zastawa drgała i podskakiwała, bo nie panował nad sobą.

— Co się dzieje podczas dojrzewania magicznego?

— Wszystko zależy od czarodzieja. W tamtym roku jeden z siedmiorocznych zamienił kolegę w jeża na pełen miesiąc, bo żartował sobie z jego włosów. Innym magia objawia się w kolorach.

Harry zmarszczył brwi, nie rozumiejąc, ale Snape nie rozwinął myśli.

Wkrótce przestało mieć to znaczenie. Szum drzew dobywający się z otwartych drzwi tarasu powoli kołysał go do snu. Niestety nie dane było Harry'emu pozostać w tym błogim stanie, bo Snape, brzmiąc niezwykle blisko, nakazał:

— Idź do siebie. Obu nam przyda się odpoczynek. Później poproszę Milly, żeby przyniosła coś lekkiego do jedzenia.

Pomimo niezadowolenia Harry wstał. Niestety wcześniejsze emocje i wybuch magii pozostawiły go zupełnie wyzutym z energii. Zachwiał się, czując dziwną lekkość w głowie. Snape, dochodząc do wniosku, że zostawienie go samemu sobie nie skończy się dobrze, chwycił go pod ramię i pomógł wejść na górę.

W sypialni Harry mruknął „dziękuję” i usiadł na łóżku, jedynie gapiąc się w przestrzeń. Spodziewał się usłyszeć trzask zamykanych drzwi, ale ten nie nastąpił. Zamiast tego poczuł lekkie potrząśnięcie. Gdy uniósł głowę, Snape wyciągnął w jego kierunku piżamę. Harry jęknął w proteście. Naprawdę musi się przebierać? Nie może po prostu się położyć? Kiedy jednak spojrzał na swoją zakurzoną szatę, stwierdził, że może jednak nie. Z drugiej strony poduszka wyglądała tak zachęcająco…

Koniec końców Snape pomógł mu zmienić ubranie i chyba po raz pierwszy w życiu Harry'emu było wszystko jedno. Jego ostatnią myślą, gdy kołdra przykrywała jego ramiona, było, że łóżko jest wygodniejsze od fotela i dobrze, że Snape nie pozwolił mu w nim zasnąć.

Potem była już tylko ciemność.



~ ♠ ~

 NASTĘPNY ROZDZIAŁ: TIARA PRZYDZIAŁU

A/N: No i dotrwaliśmy do końca wakacji. Nie poszły dokładnie tak, jak planowałam, przez co czuję się dość dziwnie — z jednej strony jest mi smutno, bo pewne pomysły były ze mną od samego początku, a potem koniec końców ich nie wykorzystałam i to MP nie jest tym MP, które miałam w głowie, a z drugiej strony taka ewolucja jest w pewien sposób naturalna, więc czy powinno mnie to smucić? Na pewno wiele rzeczy zostało zmienione lub wyeksmitowane na korzyść opowiadania. Mimo to... dziwnie mi. W następnym rozdziale wyruszamy do Hogwartu. Wiem, jak wiele osób czekało na ten moment (wbrew pozorom ja też), więc hurray! Pozdrawiam wszystkich ciepło i liczę na zasyp cukierkami :D
Rss Mail Blogger Wykop Facebook Twitter More