Rozdział 22. Tiara Przydziału

Jednym z podstawowych przeżyć człowieka jest zdolność wyboru.
— Antoni Kępiński


Reszta wakacji minęła zaskakująco szybko, choć może dlatego że dni wypełniały Harry'emu odkrywanie nowych zakamarków wokół posiadłości, obfitujące w ciekawe wydarzenia spotkania z Syriuszem, pływanie w jeziorze czy leniuchowanie pod ulubionym drzewem. Wszystkie zadania domowe miał odrobione, a jego jedynym obowiązkiem była nauka oklumencji i czytanie książek na temat czarodziejskiego świata, które Snape systematycznie podrzucał, więc mógł wreszcie odetchnąć i zwyczajnie cieszyć się wakacjami. Podczas zajęć oklumencji, jak można było przewidzieć, wciąż szło mu fatalnie, ale kiedy stracił cierpliwość i wybuchł, że „nie, nie wie, na czym ta cholerna medytacja polega, bo niby skąd ma wiedzieć?”, Snape złajał go za język i odtąd każdego wieczora przychodził do jego sypialni, by ową medytację demonstrować. Aż Harry żałował, że cokolwiek mówił, bo medytowanie ze Snape'em przycupniętym na skraju łóżka i obserwującym wszystko niczym jastrząb było co najmniej rozpraszające. Dobra strona tej sytuacji? W ostatni dzień wakacji rzeczywiście zaczął robić jakieś postępy.

Poza wspólnymi posiłkami i nauką nie widywał Snape'a zbyt często. Mężczyzna zaszywał się w gabinecie zajęty przygotowywaniem planów lekcji lub udawał się kominkiem do Hogwartu na spotkania rady pedagogicznej, co Harry oczywiście skrzętnie wykorzystywał. Szybko wyjaśniło się, dlaczego czarownica z portretu wiszącego w bibliotece tak bardzo go nie lubiła. Lindsay Prince, siostra dziadka Snape'a, wiedziała, że jest synem jakiejś Lily, ale ponieważ odmawiała słuchania Sigura, który miał spory wgląd w obecną sytuację, była przeświadczona, że jej wnuk cioteczny spłodził potomka z jakąś czystokrwistą fanatyczką, czego nie popierała w równym stopniu co Sebald. Doznała zatem sporego szoku, kiedy Harry odwarknął na jej podły komentarz, wyjawiając, że jest synem mugolaczki. Mina Lindsay była wystarczająco satysfakcjonująca, ale w konsekwencji informacja o jego pochodzeniu obeszła cały dom jeszcze tego samego dnia i na portretach wzdłuż korytarzy zaczęły tłoczyć się postacie, których wcześniej nie widział. Jak się okazało, większość z nich unikała konfrontacji z obecnymi mieszkańcami domu, uważając ich za zwyczajnie niegodnych. Po tym wydarzeniu Snape przyglądał się Harry'emu z dziwną miną. Później Harry widział go rozmawiającego w salonie z dziadkami, ale chyba rodzinne pojednanie nie poszło zbyt dobrze, bo wkrótce Snape, z twarzą jak chmura gradowa, celował różdżką w portret. Harry czmychnął czym prędzej, ale i tak usłyszał: „Jeszcze jedno słowo, a przysięgam, że pójdziesz z dymem…”

Harry posmarował rogalik dżemem, ugryzł i skrzywił się na słodycz. Kochał jedzenie skrzatów, ale nie był miłośnikiem pochłaniania na śniadanie tony cukru. Ciotka Petunia nieświadomie wyświadczała mu przysługę, kupując dla niego niskosłodzone dżemy, bo były tańsze od zwykłych (Dursleyowie oczywiście jedli zwykłe). Odłożył rogalik i przez chwilę dumał, co by tu innego zjeść, ale zbyt denerwował się powrotem do Hogwartu, przez co jego żołądek był zawiązany w supeł.

— Wszystko spakowałeś? — zapytał Snape znad gazety.

— Aha — mruknął Harry, który ostatecznie stwierdził, że ten nieszczęsny rogalik musi mu wystarczyć.

Przeżuwając kęs, wrócił myślami do poprzedniego dnia, kiedy to spędził na pakowaniu bite trzy godziny. Książki, przybory szkolne, peleryna-niewidka oraz rodzinny album, który został przez Snape'a zaczarowany tak, że tylko Harry widział, co w nim jest, migiem powędrowały do kufra, jednakże w garderobie stanął przed nie lada wyzwaniem. Po raz pierwszy miał tyle ubrań, że kompletnie nie wiedział, co ze sobą zabrać. We wcześniejszych latach zwyczajnie pakował wszystko, co posiadał, i miał problem z głowy.

Wywnioskował zatem, że przyda mu się płaszcz podbity futrem, ale w cieplejszych miesiącach się w nim ugotuje. Płaszcz jesienny będzie natomiast za cienki na szkocką zimę. Miał też zwykły zimowy, więc może darować sobie dwa pozostałe? Może zmarznie w sroższych miesiącach, ale do tej pory jakoś dawał sobie radę w łachmanach po Dudleyu. Kiedy w podobny sposób utknął na wszelkiego rodzaju bluzach, koszulach oraz swetrach, wzruszył ramionami i zdał się na własną intuicję. Zwyczajnie wrzucał wszystkiego po trochu, nie zastanawiając się, czy będzie pasowało do reszty, a kiedy skończył, przyjrzał się kufrowi podejrzliwie. Był nowy, ładny, a srebrne litery, ułożone w napis „A. H. Snape”, oznajmiały dumnie jego właściciela, ale pomimo spakowania mnóstwa rzeczy miejsca tajemniczo nie ubyło.

Niestety biedna Hedwiga była zbyt rozpoznawalna, żeby zabrać ją do Hogwartu. Sowa Harry'ego Pottera widziana w towarzystwie Alana Snape'a mogłaby spowodować niezręczne pytania, więc zapadła decyzja, że pozostanie w Prince Manor. Poskutkowało to tym, że śmiertelnie się na niego obraziła, aż do tego stopnia, że go podziobała. Snape spędził bity kwadrans na leczeniu jego dłoni, usuwaniu krwi z koszulki, jak również posyłaniu sowie zirytowanego spojrzenia, zwłaszcza gdy stroszyła pióra i hukała złowrogo.

Spodek zabrzęczał, gdy Snape odstawił filiżankę, a odkładana gazeta zaszeleściła. Mężczyzna utkwił w Harrym uważne spojrzenie.

— Zastanawia mnie… — zaczął jedwabistym głosem — przebieg ceremonii przydziału. Albus zapewnił, że tiara nie sprawi kłopotów, ale wciąż pozostaje kwestia, jaką podejmie decyzję.

Harry'ego też to zastanawiało. Tradycja nakazywała, by każdy nowy uczeń Hogwartu, pierwszoroczny czy też nie, przeszedł oficjalną ceremonię przydziału otwierającą rok szkolny. Sęk w tym, że Harry został już raz przydzielony. Choć nie wyobrażał sobie mieszkać w innym domu niż Gryffindor, trafienie tam oznaczało kłopoty. Jak ma udawać, że wszystko jest dla niego nowe? Pewnie o czymś zapomni i zdradzi się już pierwszego dnia. Do tego dochodziło codzienne okłamywanie przyjaciół, a kiedy Snape zacznie pastwić się nad Gryfonami, wszystko się na nim odbije.

— Ostatnim razem tiara rozważała Slytherin, więc może tam…

Ale sama myśl o tym sprawiała, że coś przewracało mu się w żołądku.

Snape potrząsnął głową

— To nie byłby dobry pomysł.

Harry zamrugał.

— Naprawdę?

— Na pewno z początku byłoby ci łatwo, bo jestem opiekunem domu. Żaden uczeń nie odważy się ze mną zadrzeć przez traktowanie cię gorzej od innych. Jednakże przed tobą trzy lata nauki i nie wiadomo, co może się wydarzyć. Nie sądzę, by życie wśród uczniów, którzy popierają czarodziejską tradycję i czystość krwi, było dla ciebie takie dobre. Łatwo wtedy o sprzeczkę, a uczniowie potrafią być okrutni.

Harry zgodził się w duchu. Wiedział z pierwszej ręki, jacy potrafią być Ślizgoni, a nie było najmniejszych szans, by stał z boku, gdy któryś z nich zacznie wyzywać mugolaków od szlam lub puszyć się, jacy to czystokrwiści się lepsi od innych.

— To co proponujesz?

— Niestety nic. Tiara umieści cię tam, gdzie uzna za słuszne. Poza tym nie sądzę, by zmieniła pierwotną decyzję i wybrała coś innego niż Gryffindor. Raz, że jesteś tak gryfoński, że chyba bardziej się nie da, a dwa, że jesteś precedensem. W całej historii Hogwartu nie było ucznia, który przeszedł ceremonię przydziału więcej niż raz.

Albo zwyczajnie o tym nie wiemy, pomyślał Harry.


* * *


Kłęby pary wydobywały się z lokomotywy połyskującej w świetle wrześniowego słońca niczym wielka czerwona gąsienica, sowy huczały w klatkach, a wielkie kufry piętrzyły się na wózkach, podczas gdy uczniowie krzątali się w pośpiechu, tworząc malowniczy chaos.

Snape, z ponurą miną, w czarnych szatach upodabniających go do nietoperza, stał na peronie pełnym podekscytowanego, różnokolorowego tłumu, wywołując sensację wśród uczniowskiej populacji. Tak nie pasował do tego rodzinnego obrazka i tak kontrastował ze swoją złowieszczą osobowością, że Harry przygryzł policzek w próbie powstrzymania śmiechu.

Snape skrzywił się, gdy jedna z trzeciorocznych dziewcząt pisnęła przenikliwie na widok dawno niewidzianej przyjaciółki, a następnie przytknął dłoń do skroni, jakby męczyła go migrena.

— Postaraj się dotrzeć do Hogwartu w jednym kawałku, dobrze? — burknął.

No cóż, w ich przypadku rodzinna sielanka była tylko na pokaz. Nie żeby to zmiotło wyszczerz z twarzy Harry'ego. Zasalutował, prawie tracąc opanowanie, na co Snape zwrócił wzrok ku niebu, jakby szukał tam odpowiedzi na pytanie: „za jakie grzechy?”.

— I postaraj się nie robić niczego głupiego — dodał po namyśle.

Harry wywrócił oczami. Za kogo Snape go ma? Za pięciolatka? No dobra, nieraz wpakowywał się w kłopoty, ale nigdy przed przybyciem do Hogwartu. Eee, okej, prawie nigdy. Skutki manta, jakie sprawiła mu i Ronowi Wierzba Bijąca, pamiętał aż do dzisiaj.

— Uroczyście przyrzekam nie wpakowywać się w żadne pojedynki, magiczne czy też niemagiczne, trzymać się z daleka od Dracona Malfoya, a także uważać na to, co mówię, i ogólnie być grzeczny i nierzucający się w oczy. Może być?

Snape zrobił jeszcze kwaśniejszą minę i mruknął:

— To się jeszcze okaże.

Pociąg zagwizdał.

Razem wgramolili kufer do wagonu. Harry pomachał na pożegnanie, czując się nieco głupio, bo przecież zobaczą się za kilka godzin. Wkrótce pociąg ruszył. Przez jakiś czas Snape stał na peronie, ale gdy lokomotywa nabrała rozpędu, okręcił się wokół własnej osi i zniknął.

Taszcząc za sobą kufer, Harry przeciskał się przez wąski korytarz, aż napotkał na swojej drodze Zabiniego. Chłopak spojrzał na niego przelotnie, po czym zamarł, i znowu spojrzał, tym razem z widoczną konsternacją. Przez chwilę stał z rozchylonymi ustami, jakby nie będąc pewnym, co powiedzieć, przez co sprawiał wrażenie niezbyt rozgarniętego.

— Ty…

Nagle grzmotnęło i rozległo się wysapane „uch!”. To Malfoy wpadł na Zabiniego, wpychając go do otwartego przedziału. Chłopak potknął się o wystające nogi Parkinson i o mały włos nie stratował kota Bulstrode. Czarny kocur najeżył się, wyginając grzbiet w pałąk, i wydobył z siebie bitewny wrzask, brzmiący jakby co najmniej obdzierano go z futra.

No i nici z unikania Malfoya, pomyślał Harry ponuro.

Snape nie będzie zadowolony.

— Alan — wypluł Malfoy.

— Draco — wypluł Harry z podobnym jadem.

— To wy się znacie? — sapnął Zabini, spoglądając na nich ze zdezorientowaniem.

— Można tak powiedzieć — wycedził Malfoy tym okropnym, przeciągającym sylaby głosem.

Harry wiedział, że najrozsądniejszym wyjściem byłoby wyciągnięcie gałązki oliwnej. Draco był chrześniakiem Snape'a, więc czekało ich wspólne towarzystwo poza klasą i przerwami, a robienie sobie wrogów — lub też w ich przypadku umacnianie wrogości — już pierwszego dnia szkoły mijało się z celem. Dodatkowo gryzło go sumienie, nawet jeśli racjonalna część umysłu podpowiadała mu, że Malfoy nie był bez winy.— Słuchaj, ja naprawdę…

Ale nie dokończył, bo Malfoy zmrużył oczy niczym rozwścieczony bazyliszek. Na sekundę odwrócił się do Zabiniego.

— Sorry, Zabini.

I zatrzasnął mu drzwi przed nosem. W odpowiedzi Zabini pokazał Malfoyowi środkowy palec, bo jego niedola wywołała uciechę wśród reszty Ślizgonów.

— Właściwie nie wiem, czy nie robić Severusowi przykrości i jakoś się z tobą dogadać, czy zwyczajnie ci przywalić — poinformował go Malfoy.

— I kto to mówi? — prychnął Harry. — Sam wycelowałeś we mnie różdżkę!

— Ale przynajmniej nie próbowałem cię zabić! — Harry zacisnął usta. Draco przekrzywił głowę z wrednym błyskiem w oku i wycedził pełnym uciechy głosem: — Choć gdyby mnie spotkała taka gówniana sytuacja…

— Co ty pleciesz, Malfoy?

Chłopak strzepnął z ramienia szaty niewidzialny pyłek.

— A to, że twoja rodzina zastępcza nienawidziła cię tak bardzo, że…

Nagle rozległ się trzask i najbliższa szyba pękła w poprzek. Draco odskoczył jak spłoszona tchórzofretka.

— Nikomu nic nie powiem! — pisnął spanikowany. — Serio!

Harry ledwo widział na oczy. Nikt nie wiedział o tym, jacy byli Dursleyowie, a przynajmniej nie do końca. Słowa Snape'a powróciły do niego: „łatwo wytłumaczę twoje nietypowe zachowanie, ale nie możesz nie iść”, jak również jego dziwną wypowiedź do Lucjusza: „Alan ma tendencję do instynktownego reagowania w takich sytuacjach. Rozmawialiśmy już o tym dlaczego”. Najwyraźniej owe usprawiedliwienie obejmowało opowieści o tym, jak podłe Harry miał życie, nawet jeśli personalia Dursleyów zostały zmienione.

— Jak śmiał! A ty… — Pod jego spojrzeniem Draco cofnął się jeszcze dalej. W dłoni kurczowo ściskał różdżkę, choć jej koniec był wycelowany w podłogę. — Jeśli piśniesz komukolwiek choć słówko, to przysięgam …

— Mówiłem już, że nikomu nic nie powiem, okej? Severus powiedział rodzicom, bo znają się od lat, a oni rozmawiają o naprawdę wielu rzeczach. Nigdy nie wtajemniczają mnie w poważniejsze dyskusje — Malfoy wydął usta jak rozkapryszone dziecko, któremu zabrano cukierka — ale czasem udaje mi się ich podsłuchać. Zresztą mama ostrzegła mnie, bym nie wpakowywał się w kłopoty. — Prychnął nieelegancko. — Nie żebym był na tyle głupi, by ponownie w ciebie celować, a przynajmniej nie bez wcześniejszego upewnienia się, że zablokuję, cokolwiek we mnie ciśniesz.

— Bardzo pokrzepiające — prychnął Harry.

Skrzyżował ramiona na piersi i oparł się o ścianę wagonu ze wzrokiem utkwionym w podłodze. Wciąż był na Snape'a zły. Czy naprawdę nie mógł wymyślić czegoś innego? Musiał mówić prawdę akurat w tej sytuacji?

Malfoy odchrząknął, a następnie uniósł dłoń, by zmierzwić włosy, ale w ostatniej chwili zmitygował się i jedynie pociągnął za jeden z idealnie ułożonych kosmyków. W końcu chyba doszedł do rozwiązania jakiegoś wewnętrznego sporu, bo napuszył się i oświadczył wyniośle:

— Skoro ja będę milczał, to ty też. Nikomu nie powiesz, jak mnie załatwiłeś w te wakacje. — Gdy Harry jedynie spojrzał na niego, jakby wyrosły mu czułki, Malfoy wyjaśnił z rozdrażnieniem: — Muszę dbać o reputację.

Nagle drzwi rozsunęły się i w progu pojawił się Zabini.

— Albo wytłumaczycie, o co chodzi, albo was przeklnę. I Draco, jeśli jeszcze raz rzucisz zaklęcie blokujące na drzwi, to pamiętaj, że mieszkamy w jednym dormitorium. Nie będziesz znał dnia ani godziny.

Zabini spojrzał na nich wyczekująco, a zza jego pleców Parkinson i Bulstrode nastawiały uszu. Crabbe i Goyle, szczęśliwi w swoim małym świecie, przeżuwali fasolki wszystkich smaków, nie bacząc na całe zamieszanie.

Draco zrobił bardzo ważną minę i ogłosił oficjalnie:

— Pozwól, że przedstawię ci Alana Snape'a. Pod koniec wakacji on i Severus odwiedzili Malfoy Manor.

— Jasny gwint! A wydawał mi się podobny!

— A ty kim jesteś? — zapytał Harry, trzymając się pozorów.

— Blaise Zabini. — Wskazał kciukiem na resztę. — Wszyscy mieszkamy w Slytherinie i rozpoczynamy piąty rok.

— Alan jest w naszym wieku — poinformował Draco. — I pewnie też trafi do Slytherinu. Z profesorem Snape'em jako opiekunem domu nie ma innych szans.

Harry wzruszył ramionami. W przypadku tiary wszystko było możliwie.

— Zaprosilibyśmy cię do siebie — powiedziała Pansy z żalem. — Ale nie mamy już miejsc.

Harry machnął ręką na znak, że nic nie szkodzi, choć w głębi duszy był wdzięczny, że ma wymówkę i nie musi spędzać podróży w towarzystwie Ślizgonów.

— No to do zobaczenia później.

Harry ruszył dalej. Niektórzy uczniowie starszych klas, którzy z łatwością wyłapywali nowe twarze na tle starych, posyłali mu zaciekawione spojrzenia, ale większość nie zwracała na niego jakiejś szczególnej uwagi. Hogwart był wystarczająco duży, by nie każdy każdego znał czy rozpoznawał.

Nagle ktoś stuknął go w ramię.

— Co my tu mamy, Gred? Jakiś nowy uczeń. Tylko troszeczkę za duży, nie sądzisz?

— Zdecydowanie wyrośnięty, Forge. Może wpadł do kociołka z Eliksirem Rozciągliwości?

— Yyy, czy my się znamy? — zapytał Harry, spoglądając to na jednego, to na drugiego.

Bliźniacy spojrzeli po sobie z szatańskim błyskiem w oku.

— Nie, zupełnie się nie znamy — powiedział Fred, a przynajmniej się Harry'emu wydawało, że to był Fred. — Nie znamy się, prawda, Forge?

— No nie wiem. — George potarł z zamyśleniem podbródek. — Wydawało mi się, że ciebie znam bardzo dobrze.

— Serio? — zapytał ze zdziwieniem Fred i pokręcił głową na znak niedowierzania. — Któż by przypuszczał?

Harry zupełnie nie wiedział, co powiedzieć, więc milczał. Nie żeby bliźniakom w czymkolwiek to przeszkadzało.

— No dobra, żarty na bok.

— Choć nie oczekuj, że będzie to normą.

— Chcemy jedynie dowiedzieć się, co taki zupełnie nowy i wyrośnięty uczeń…

— Robi w pociągu do Hogwartu?

— Eee, jedzie do Hogwartu?

Fred i George posłali mu spojrzenie wyraźnie mówiące, żeby nie udawał głupa.

Harry wyciągnął rękę.

Teraz albo nigdy.

— Jestem Alan Snape.

Fred wydał się z siebie zduszony odgłos, a George zamrugał, po czym wetknął palec w ucho i zakręcił nim kilkukrotnie, sprawdzając, czy z jego słuchem wszystko jest w porządku. Kiedy upewnił się, że istotnie, słyszał poprawnie, spojrzał na Freda. Po kilku sekundach bezsłownej rozmowy musieli doszli do jakiegoś konsensusu, bo wypalili chórem:

— Jaja sobie robisz!

— Eee, nie, nie robię.

George postukał palcem w nos, a następnie ponownie spojrzał na Freda.

— Podobny jest — oświadczył.

— Aha. Chyba nie stracimy tytułu największych kawalarzy Hogwartu za bycie wystrychniętym na dudka przez żółtodzioba, jeśli mu uwierzymy, co? Ale że stary nietoperz dorobił się potomstwa? Gdy próbuję to sobie wyobrazić…

— Brrr. Nie próbuj. Moja wyobraźnia tego nie zniesie.

— Hej, mówicie o moim ojcu!

Nawet jeśli sam miał mieszane uczucia, słuchanie, że jego pojawienie się na świecie jest traktowane jak coś nienaturalnego lub obrzydliwego, nie było miłe.

Nagle obaj spoważnieli, co było dziwne, bo Harry prawie nigdy nie widział ich poważnych.

— Wybacz. To nie było w porządku.

— Taa, mama obdarłaby nas ze skóry, gdyby o tym usłyszała.

— No i wysłałaby wyjca.

— Dużo wyjców.

Obaj zadrżeli.

— Okej… — mruknął Harry nieco udobruchany.

— A więc jesteś synem Snape'a? — zapytał Fred, jakby ta sprawa nie została dopiero co wyklarowana. Następnie zamilkł, myśląc nad czymś usilnie. W końcu oświadczył: — To mnie przerasta, Forge.

— Lepiej bym tego nie ujął, braciszku. Ale hej! Dzięki temu nikt nam nie uwierzy. Pomyśl o tych wszystkich minach, kiedy okaże się, że chociaż raz mówiliśmy prawdę! Może nawet uda nam się porobić trochę zakładów!

Zachwyceni perspektywą łatwego zarobku oraz siania chaosu pożegnali się z Harrym i znikli w jednym z przedziałów. Harry tylko pokręcił głową i kontynuował dalsze poszukiwania, mijając po drodze przedział szóstorocznych Krukonek. Spojrzenie Cho wywołało rumieniec na jego twarzy, na co towarzyszące jej przyjaciółki zachichotały. Czmychnął stamtąd czym prędzej.

Ponieważ nigdzie nie zauważył Rona ani Hermiony, wywnioskował, że spędzają podróż w wagonie dla prefektów mieszczącym się z przodu lokomotywy. W jednym z listów przekazali mu nowinę o otrzymaniu odznak. Hermiona oczywiście była okropnie podekscytowana, a Ron poświęcił aż trzy długie akapity na opisywanie nowiutkiej miotły, którą otrzymał w nagrodę od pani Weasley.

W końcu trafił na w miarę wolny przedział, a co najważniejsze zajmowały go osoby, które znał i lubił. Przy oknie siedział pulchny chłopak, który z dumą pokazywał drobnej, piegowatej dziewczynie coś, co przypominało szary kaktus pokryty pulsującymi bąblami. Ginny miała nietęgą minę, ale Neville zdawał się tego nie zauważać.

Harry nie rozpoznawał jedynie siedzącej obok Ginny blondynki, która czytała do góry nogami kolorowy magazyn zatytułowany „Żongler”. Po chwili zza okładki wyłoniło się dwoje wyłupiastych oczu, które upodobniały ich właścicielkę do wiecznie zdziwionej sowy.

— Przepraszam, można? — zapytał.

— Jasne — odpowiedziała Ginny.

Harry chwycił kufer z zamiarem wsadzenia go na półkę bagażową, ale jego ramiona załamały się pod ciężarem. Na szczęście Neville przyszedł mu z pomocą i wspólnymi siłami wpakowali kufer obok reszty. Podziękowawszy, zajął puste miejsce przy oknie i wytarł strużkę potu z czoła, czując się dziwnie drżącym.

— Wszystko w porządku? — zapytała Ginny. — Nagle zbladłeś.

— Pewnie przez nargle — wtrąciła Luna bez odrywania wzroku od tekstu.

Harry mruknął niezobowiązująco, zachodząc w głowę, czym u licha są nargle. Decydując, że zastanowi się nad tym później, odchrząknął i przedstawił się.

— S-snape? — pisnął Neville, a jego pucołowata twarz straciła kolor. — Jesteś s-synem p-profesora S-snape'a?

Luna zaprzestała wertowania „Żonglera” i utkwiła wyłupiaste oczy w Neville'u.

— To nie wiedziałeś, że profesor Snape posiada harem? Zanim zaczął pracować w Hogwarcie, mieszkał w Arabii. Tam wdał się w kłótnię z okrutnym szejkiem i wyzwał go na pojedynek. Podobno wszystko zostało uknute przez azjatycki gang goblinów, który chciał pozbyć się Mohmadiego i zagarnąć góry złota, które ukrywał w podziemiach zamku. Ostatecznie profesor pokonał szejka i zabrał ze sobą zarówno nałożnice, jak i skarby. Ścigany przez wściekłe gobliny uciekł do Szkocji i tam, w Hogwarcie, poprosił o azyl. — Widząc komicznie rozszerzone oczy Neville'a, dodała: — Naprawdę tego nie wiedziałeś? Pisali o tym w „Żonglerze”.

Harry zamknął rozdziawione usta tak nagle, że aż zastukały zęby. Ginny natomiast ukryła twarz w dłoniach, próbując zdusić śmiech. Gdy Luna schowała się za magazynem, Harry uchwycił wzrok Neville'a i pokręcił gwałtownie głową, dając znak, że nie, nie ma pojęcia o żadnym szejku ani haremie. W końcu Ginny opuściła ręce. Jej oczy błyszczały od łez, a twarz miała zaczerwienioną z wysiłku.

— Zastanawiałeś się, do którego domu tiara cię przydzieli? — wykrztusiła.

Harry był wdzięczny za zmianę tematu, ale kiedy Neville drgnął nerwowo, do głowy wpadła mu okropna myśl, że chłopak obawia się, iż tiara wybierze Gryffindor i będzie musiał dzielić dormitorium z synem najbardziej znienawidzonego nauczyciela w całej szkole. Harry zdusił w sobie rozczarowanie, wiedząc, że taka reakcja nie powinna go dziwić. Neville panicznie bał się mistrza eliksirów.

— Myślałem o tym, choć chętnie dowiedziałbym się czegoś więcej na ich temat.

Ginny objaśniła system punktowy i opisała każdy z domów, dodając, że ich wejść strzegą tajne hasła.

— Oprócz Ravenclawu — dodała Luna z rozmarzeniem. Utkwiła niebieskie oczy w Harrym, ani razu nie mrugając. — Do naszego dormitorium można dostać się tylko po rozwiązaniu zagadki. Jeśli nie odpowiesz prawidłowo, musisz czekać na kogoś, kto zna odpowiedź.

— To chyba mało praktyczne? — zastanowił się Harry na głos. — No i każdy może wejść. Wystarczy rozwiązać zagadkę.

— Niekoniecznie — odparła, na powrót chowając się za magazynem. — Mało kto poza Krukonami jest w stanie prawidłowo odpowiedzieć.

Świetnie, pomyślał Harry, a więc przydzielenie do Ravenclawu odpada. Jeśli strzegące wejście zagadki są choć w połowie tak zawiłe jak Luna, to z pewnością nie ma szans na ich odgadnięcie. Nie żeby wcześniej perspektywa trafienia tam była jakoś szczególnie zachęcająca.

Wkrótce Neville zajął się kaktusem. Jego ropucha wygramoliła się z kieszeni i dała dyla pod siedzenie. Od tej pory z ciemnego kąta w rogu przedziału dobywał się okazyjny rechot. Luna skryła się za „Żonglerem”, czytając go do góry nogami, a on i Ginny spędzili czas na rozmowie o quidditchu.

Choć przez całą podróż nikt im nie przeszkadzał, Harry miał nieodparte wrażenie, że jakimś dziwnym trafem ktoś nieustannie mija ich przedział. Pewnie dzięki uprzejmości bliźniaków w całym pociągu aż huczało od plotek, a i banda Malfoya oraz ci, którzy zauważyli go ze Snape'em na peronie musieli dodać swoje trzy grosze. Na szczęście żaden z uczniów nie miał wystarczającej odwagi, by zweryfikować te pogłoski osobiście.

Kiedy w korytarzu pojawiła się czarownica z bufetowym wózkiem, Harry kupił butelkę soku z dyni, kilka pasztecików oraz czekoladowych żab. Przed wyjazdem Snape wręczył mu pierwsze w życiu kieszonkowe, naturalnie wprawiając go w stan szoku.

Właśnie przegryzł ostatni kęs pasztecika, kiedy drzwi przedziału rozsunęły się i Harry ujrzał burzę brązowych loków. Po raz pierwszy tego dnia jego usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.

— Cześć wszystkim. Alan! Tutaj jesteś! Jak mija podróż? Nikt nie sprawiał ci kłopotów? Fred i George mówili, że spotkali cię na korytarzu, ale podczas patrolu nigdzie cię nie widziałam. Już zaczęłam się martwić, że któryś ze starszych uczniów stwierdził, że byłoby zabawne zrobić nowemu uczniowi kawał i…

— Hermiono… — przerwał jej Harry, mając świadomość, jak bardzo poważnie traktuje obowiązki i z pewnością nie może znieść myśli, że ktoś mógłby być uciskany podczas jej straży w nowej roli prefekta. — Trochę mi zajęło szukanie przedziału, ale od tamtej pory siedzę tutaj. Jak na razie wszyscy są dla mnie bardzo mili.

— Och — bąknęła Hermiona.

— Nie wiedziałam, że się znacie — wtrąciła Ginny, spoglądając z zaciekawieniem to na Hermionę, to na Harry'ego.

— Wpadliśmy na siebie na ulicy Pokątnej — wyjaśnił Harry. — A właściwie to Hermiona na mnie wpadła.

Hermiona zarumieniła się, ale słysząc żartobliwą nutę w jego głosie, odwzajemniła uśmiech. Pokrótce zrelacjonowała całe wydarzenie, na co twarz Ginny wykrzywiła się dziwnie, jakby chciała zapytać: „i Snape pozostawił cię żywą?”.

— W każdym razie, chciałabym zostać dłużej, ale muszę zrobić kolejny obchód. Wszyscy prefekci mają dziś pełne ręce roboty. Pierwszoroczni są przerażeni, bo znajdują się daleko od domu i obawiają się, że w każdej chwili zaatakuje Sam-Wiesz-Kto. Bliźniacy robią zakłady, wywołując zamęt. Któryś z Krukonów zabrał z domu agresywną książkę, która próbuje odgryźć palce każdemu, kto waży się ją tknąć. A Ślizgoni jak zwykle nie pomagają. Och, nie mogę się już doczekać, kiedy dojedziemy do Hogwartu!

I pożegnawszy się, zniknęła.

Reszta podróży minęła w spokoju. Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie. Raz deszcz zacinał w szyby, bębniąc jednostajnie, i ciemniało od ołowianych chmur, a raz wychodziło blade słońce, oświetlające niemrawo widok za oknem. Im mknęli dalej na północ, tym krajobraz stawał się dzikszy. Rozległe połacie łąk i kolorowych, przypominających patchwork pól ustępowały z wolna różnokształtnym pagórkom i gęstym, ciemnozielonym lasom. W końcu zapadł zmrok i lampy wiszące u sufitu zapłonęły.

— Chyba pora się przebrać — oznajmiła Luna rozmarzonym głosem.

Jak na zawołanie pociąg zaczął zwalniać. Harry wyciągnął z kufra płaszcz i szkolną szatę, po czym nałożył je na bieżące ubranie. Na korytarzu i w przedziałach panowało zwyczajowe zamieszanie, gdy uczniowie ściągali kufry i klatki z pupilami. Kiedy lokomotywa zupełnie wyhamowała, wyszli z przedziału i dołączyli do zgromadzonego na korytarzu tłumu, powoli przesuwającego się w stronę drzwi.

Noc była zimna, więc Harry opatulił się szczelniej płaszczem. Zaczerpnął głęboko powietrza, wdychając zapach wilgotnego igliwia sosen i czując podekscytowanie na myśl, że już niedługo znajdzie się w Hogwarcie. Rozejrzał się po peronie. Znad morza głów, niczym wieża warowna, wystawała włochata sylwetka Hagrida. Tubalny głos nawoływał raz po raz:

— Pirszoroczni do mnie... pirszoroczni do mnie...

W pierwszym odruchu Harry uniósł rękę, by pomachać, ale wtem zorientował się, że półolbrzym znał Harry'ego Pottera, nie Alana Snape'a. Przełknął gorycz i już miał się odwrócić do powozów, gdy ku jego zdziwieniu Hagrid go zawołał.

— Alan Snape, tak? Idziesz z nami. Zostawiłeś kufer w pociągu? Dobrze, skrzaty się nim zajmą.

Hagrid zaprowadził ich na skraj jeziora, gdzie czekała na nich mała flotylla łódek, i tam zwrócił się do uczniów.

— Zanim popłyniemy, musicie coś wiedzić. Po ostatnich wydarzeniach z Sami-Wiecie-Kim psor Dumbledore zabezpieczył Hogwart nowymi czarami, które strzegą granic błoni, tajnych przejść oraz bramy do zamku. Jeśli ktoś ma na sobie jakiekolwiek zaklęcie zwodzące, maskujące, niewidzialności, czy jest pod wpływem Eliksiru Wielosokowego, włącza się alarm. Więc bez wygłupów! Nie chcemy siać strachu, bo ktoś użył produktu Zonka zmieniającego dla beki kolor włosów czy ukrywającego pryszcze.

Kilkoro pierwszorocznych przestąpiło z nogi na nogę i spojrzało z niepokojem na zamek. Harry przygryzł wargę i przygładził grzywkę, by dokładnie przykrywała bliznę ukrytą pod maskującą maścią Snape'a. Miał żarliwą nadzieję, że alarm nie zacznie wyć w momencie postawienia przez niego stopy na błoniach.

Kolejno uczniowie wgramolili się do łódek i wkrótce wszyscy pomknęli przez jezioro. Siedząc na ławeczce naprzeciwko Hagrida, Harry poczuł dziwną nostalgię. Masywna sylwetka zamku odznaczała się na tle upstrzonego srebrzystymi gwiazdami nieba i wyglądała równie majestatycznie co zawsze. Wkrótce jednakże został wyrwany z zadumy, gdy przez jego ciało przebiegło stado mrówek. Nie było to jakoś szczególnie nieprzyjemne uczucie, zwyczajnie dziwne. Po minach reszty uczniów wywnioskował, że nie on jeden tego doświadczył.

— Nowe bariery! — krzyknął Hagrid. — Kawał czarów, mówię wam!

Łódki wpłynęły do tunelu i po krótkiej podróży korytarzami znaleźli się przed wejściem do zamku, gdzie powitała ich McGonagall i zaprowadziła do pustej komnaty naprzeciw Wielkiej Sali. Harry słuchał jednym uchem przemowy o czterech domach i punktach, zajęty obserwowaniem przerażonych uczniów. Czy on też był tak mały w ich wieku? Kiedy profesor skończyła, zwróciła się wprost do niego.

— Zasady obowiązują te same. Gdy wyczytam nazwisko, podążysz przykładem reszty uczniów. Dalej już pokierują cię prefekci. — Widząc niepewną minę Harry'ego, surowa twarz McGonagall złagodniała. Profesor dodała szeptem: — Jestem pewna, że wszystko pójdzie dobrze. Postaraj się tylko nie pakować w kłopoty jak w poprzednich latach, hm?

Harry wbił zdumiony wzrok w drzwi, za którymi zniknęła opiekunka Gryffindoru. Duchy przeniknęły przez ścianę, by przywitać nowych uczniów oraz zabawić ich rozmową, ale nie zwracał na nich uwagi. Co się u licha przed chwilą wydarzyło? Czyżby profesor Dumbledore powiedział jej o wszystkim?

Zanim się obejrzał, nauczycielka powróciła i zostali zaprowadzeni do Wielkiej Sali, w której unoszące się w powietrzu świece oświetlały cztery stoły i siedzących przy nich uczniów, którzy z ożywieniem rozmawiali o wakacjach i wymieniali się nowinkami. Harry zerknął na tył sali, gdzie na podwyższeniu stał stół prezydialny.

Pośrodku, w pozłacanym krześle z wysokim oparciem, siedział profesor Dumbledore, a jego oczy migotały radośnie. Z jego prawej strony krzesło było puste. Zaraz obok Hagrid popijał z wielkiego kielicha i żartował o czymś z Sinistrą, nauczycielką astronomii. Vector, która nauczała numerologii, dyskutowała z madame Pomfrey, przytakującą poważnie na znak zgody. Po lewej stronie, najbliżej Dumbledore'a, zasiadał Snape. Jego ciemne oczy obserwowały w ciszy zgromadzonych w sali uczniów, niekiedy tylko rzucając kwaśne spojrzenie w kierunku nieznanego Harry'emu mężczyzny, który gawędził w najlepsze z Flitwickiem. Pani Hooch i profesor Sprout przysłuchiwały się ich rozmowie z zaciekawieniem. Trelawney, która wyjątkowo zestąpiła z wieży, by zaszczycić padół zwykłych śmiertelników swoją ezoteryczną obecnością, zajmowała miejsce na uboczu i jak zwykle przypominała wyrośniętą ważkę.

Nagle w Wielkiej Sali zrobiło się cicho. Leżąca na stołku tiara rozwarła szew i rozbrzmiały słowa piosenki. Tym razem oprócz opisania czterech domów ostrzegła przed nadejściem trudnych czasów i wspomniała o konieczności zjednoczenia się. Radosny nastrój prysł jak bańka mydlana, gdy wszyscy przypomnieli sobie, że za murami zamku trwa wojna.

Tiara przestała śpiewać i profesor McGonagall rozwinęła pergamin. Kiedy doszła do nazwisk zaczynających się na „S” i wyczytała „Snape, Alan”, w pierwszej chwili w Wielkiej Sali zrobiło się niezwykle cicho, a następnie rozbrzmiał gwar szeptów. Uczniowie patrzyli na przemian to na Harry'ego, to na Snape'a, który siedział przy stole nauczycielskim z kamiennym wyrazem twarzy. Wielu też posyłało bliźniakom wściekłe spojrzenia.

Harry podszedł do stołka i kapelusz opadł mu na głowę, lekko przysłaniając oczy.

— Eee, witaj, tiaro.

— Interesujące. Wyczuwam magiczną zmianę, choć umysł jest ten sam. I co ja mam z tobą zrobić? Już cię przydzieliłam.

— Profesor Dumbledore nie wspomniał ci, że musisz mnie przydzielić ponownie?

— Owszem, wspominał. Musisz jednak sam o to poprosić.

Harry zmarszczył brwi.

— To mówi kodeks — wyjaśniła. — Bez zgody ucznia nic nie poradzę.

— A nie możesz po prostu krzyknąć „Gryffindor”, żebyśmy mieli to z głowy? — pomyślał Harry. — Skoro już raz mnie przydzieliłaś?

— Żeby to było takie łatwe! Każda ceremonia jest magicznie wiążąca. Muszę cię przydzielić tak, jakbym robiła to po raz pierwszy. I zanim zapytasz, profesor Snape się mylił. Jesteś trzecią osobą w tym tysiącleciu. Niestety za każdym razem to dyrektorowie maczali palce w życiach uczniów…

Tiara brzmiała na wyjątkowo niezadowoloną z tego faktu.

— No to eee… przydzielisz mnie jeszcze raz? Proszę? Wolałbym jednak nie do Slytherinu...

— Mój drogi, ale ty pasujesz tam najlepiej.

— Może mieszkanie w Slytherinie nie będzie trudniejsze od życia ze Snape’em ani od przeżywania godziny pod Cruciatusem Lucjusza Malfoya, ani od niemówienia przyjaciołom, kim naprawdę jestem, ani też od uciekania, po raz kolejny, przed Voldemortem, ale łatwe też nie będzie. Poza tym to, w którym domu mnie umieścisz, nie ma w tym momencie nic wspólnego z moimi predyspozycjami, a z potrzebą przeżycia, a jeśli trafię do Slytherinu…

— Jeśli trafisz do Slytherinu, będziesz miał możliwość odkrycia swojego prawdziwego potencjału! Myślisz, że to tak mało znaczy? Że jedynie mieszkasz w jednym z domów i po skończeniu Hogwartu koniec? Kim teraz byłbyś, gdybym nie zdecydowała się na Gryffindor?

Harry zastanowił się, jak by to było. Pewnie nie przyjaźniłby się z Ronem, bo Gryfoni nigdy nie przyjaźnili się ze Ślizgonami. Pewnie też nie wyciągnąłby z tiary miecza, więc prawdopodobnie zginąłby pożarty przez bazyliszka. Być może nawet nie stanąłby do walki z Quirrellem, bo u jego boku nie byłoby Hermiony, która pomogłaby mu rozwiązać zagadkę Kamienia Filozoficznego i przejść przez łamigłówkę Snape'a. Czy to możliwe, że nawet nie zabrałby na tamten cmentarz Cedrika? Jeśli tylko uległby pokusie wzięcia tego piekielnego pucharu…

Zadrżał. To, co mówiła tiara, było w dużej mierze prawdą, ale…

— Przecież ty chciałaś mnie umieścić w Slytherinie!

— Owszem.

— I myliłaś się.

— Nie sądzę.

— To po co ta cała gadka o tym, kim byłbym teraz, gdybym nie wylądował w Gryffindorze? Poza tym profesor Dumbledore sam powiedział, że nie umiejętności decydują o tym, kim jesteśmy, ale nasze wybory. A to mój wybór.

Harry usłyszał długie, zrezygnowane westchnienie.

— No naprawdę… — mruknęła tiara z lekkim rozdrażnieniem. — No dobrze, zobaczmy, co tam siedzi w twojej głowie. Hm, ciekawe… Och, fascynujące. Tak, to nie byłoby złe rozwiązanie. Wręcz przeciwnie. Umysł masz tęgi, a co najważniejsze znasz wartość wiedzy… Ravenclaw z pewnością pomoże ci rozwinąć skrzydła, których rozwinięcia tak odmawiasz w Slytherinie...

Okej, to było zdecydowanie lepsze rozwiązanie od Slytherinu, ale…

— Słyszałaś o wejściu do Ravenclawu? Nie? Bo ja tak. Luna mi powiedziała. Żeby dostać się do środka, trzeba rozwiązać cholerną zagadkę. Więcej czasu spędzę poza pokojem wspólnym niż w nim. Poza tym Krukoni są prawie tak samo nawiedzeni w kwestii książek jak Hermiona, a to nie mój kaliber. No może z wyjątkiem przyjaciółek Cho, bo one potrafią przez większość czasu jedynie chichotać. Ale to tym bardziej nie mój kaliber.

— To co niby proponujesz? Nie myśl sobie, że skoro jesteś trudnym orzechem do zgryzienia, to… Achhh! — Nastąpiła chwila ciszy. Harry zrobił zeza w próbie spojrzenia w górę i odgadnięcia myśli tiary. — Masz nadzieję zjednoczyć się ze swoją puchońską naturą, co?

W pierwszej chwili Harry był kompletnie zaskoczony słowami tiary. Prędzej spodziewał się komentarza: „masz nadzieję powrócić na stare śmieci do Gryffindoru, co?”. Potem jednak stwierdził, że podświadomie nie to mu chodziło po głowie. Skoro ma iść za radą innych i nie pakować się w kłopoty, to gdzie lepiej jak nie w Hufflepuffie? Nikt nie zawracał sobie głowy Puchonami. To było bardzo ślizgońskie z jego strony, czego tiara nie omieszkała mu wytknąć.

— Czemu nie? To spokojny, przyjazny dom, a ja bardzo lubię spokój…

Z kapelusza wydobyło się coś, co brzmiało podejrzanie jak prychnięcie.

— Proszę cię, mnie nie oszukasz. Zawsze pakujesz się w sam środek wydarzeń. Jakiś tajemniczy głos w ścianie planuje morderstwo? Chodźmy to sprawdzić! Wilkołak buszuje po błoniach, gotów rozszarpać pierwszą napotkaną osobę? Żaden problem! No i muszę wspomnieć o wycieczcie do legowiska akromantul w środku nocy, próbie ratowania Kamienia Filozoficznego przed w pełni wyszkolonym czarnoksiężnikiem i zejściu do Komnaty Tajemnic, gdzie czai się Merlin wie co? Impulsywność jest jednym z powodów, dlaczego tak nadajesz się do Gryffindoru. No i ta odwaga…

— Jasne, szczególnie w obliczu Lucjusza Malfoya… — pomyślał Harry posępnie.

— Istnieją różne rodzaje odwagi — wyszeptała tiara. — Weź na przykład swojego przyjaciela, Neville'a Longbottoma. Wielu na pewno zastanawiało się, dlaczego nie umieściłam go w Hufflepuffie. Ja jednakże widziałam, jak codziennie zmaga się z kompleksami oraz niepewnością. Mogę cię zapewnić, że kiedy przyjdzie odpowiedni moment, pokaże wszystkim, ile jest wart. To, co cię spotkało, zostawiło ślad na duszy. Musi minąć trochę czasu, nim ponownie odkryjesz odwagę, o której istnieniu już zdążyłeś zapomnieć.

Harry słuchał uważnie. W końcu odetchnął głęboko i zapytał:

— A więc?

— Gdybyś nie posiadał równie dużej lojalności i poczucia sprawiedliwości, nie przystałabym na to. I powiedz Albusowi, że umywam od ciebie ręce. Jeśli znowu zechce mieszać się w moje sprawy, może sam cię przydzielić z powrotem do Gryffindoru czy gdziekolwiek tam chcesz… a teraz: HUFFLEPUFF!

Ostatnie słowo tiara wrzasnęła na całą salę. Harry ściągnął kapelusz i rozejrzał się po morzu zdziwionych twarzy. Nie miał pojęcia, czy to z powodu tego, że dopiero co syn Severusa Snape'a, tego Severusa Snape'a, opiekuna Slytherinu i miłośnika wszystkich Ślizgonów, został przydzielony do Hufflepuffu, czy dlatego że tak długo zajęło tiarze wybranie mu domu. Może myśleli, że nigdzie nie trafi, bo tiara go odrzuci? Jakby to było w ogóle możliwe.

Snape patrzył na niego, jakby wyrosła mu druga głowa. Malfoy natomiast wyglądał, jakby z całych sił powstrzymywał się przed wybuchnięciem śmiechem. W końcu przegrał walkę i pośród zduszonego chichotu zatrząsł się tak mocno, że omal nie spadł z ławki. Reszta Ślizgonów miała zupełnie zaskoczone miny, a Zabini siedział z szeroko otwartą buzią, wyglądając na jeszcze mniej rozgarniętego niż wcześniej. W niebieskich oczach profesora Dumbledore’a migotały jasne błyski, choć i on zdawał się nie przewidzieć takiego obrotu sprawy.

Nagle rozległy się pierwsze oklaski, aż w końcu przez Wielką Salę przetoczył się zwyczajowy aplauz. Bliźniacy zagwizdali, a Hermiona uśmiechnęła się do niego promiennie, na co siedzący obok Ron nastroszył brwi. Harry podążył do stołu Hufflepuffu, sąsiadującego ze stołem Gryffindoru, i wybrał wolne miejsce obok Erniego Macmillana.

— Cześć, jestem Ernie — przedstawił się chłopak, wyciągając w jego kierunku rękę, którą Harry natychmiast uścisnął.

Ernie był pompatycznym, pucołowatym chłopcem, ale przez ostatnie wakacje sporo schudł oraz nieco przygasł, przez co przypominał teraz bardziej krzepkiego pałkarza niż nieporadnego kujona z wielkimi binoklami. Najwyraźniej działalność Voldemorta i śmierć Cedrika odcisnęły piętno na niejednej osobie.

Formalnym tonem Ernie przedstawił najbliżej siedzących uczniów: Justyna Finch-Fletchleya, Zachariasza Smitha, Doriana Wintersa, Susan Bones, Hannę Abbott, Rose McCourtney i Elizabeth Donovan. Harry znał dobrze tylko Erniego i Justyna, z którymi pracował podczas lekcji łączonych z Hufflepuffem, no i trochę Susan i Hannę, choć z nimi głównie wymieniał się krótkimi zdaniami w stylu: „Podałabyś mi nasiona skrzekoskrzeczki? Dzięki”. Resztę Puchonów wielokrotnie mijał na korytarzach, ale nigdy tak naprawdę z nimi nie rozmawiał.

— My mieszkamy w jednym dormitorium, a dziewczyny w drugim. Ja i Rose jesteśmy prefektami, więc w razie problemów zgłaszasz się do nas. Lucy i Robert… — Wskazał na dwoje siódmoklasistów siedzących kilka miejsc dalej. Lucy miała przyjazny uśmiech, długie kasztanowe włosy i oczy w kształcie migdałów, a Robert był szczupłym, wysportowanym chłopakiem, który roztaczał wokół siebie aurę kogoś, kto niczym się nie przejmuje. Harry pamiętał, że Robert gra na pozycji obrońcy w reprezentacji Hufflepuffu. — …są prefektami naczelnymi, więc w razie poważniejszych spraw możesz zwrócić się do nich.

Ostatnia osoba została przydzielona i Dumbledore wstał.

— Zanim napełnimy brzuchy, chciałbym was serdecznie powitać w nowym roku szkolnym! Szanowne grono pedagogiczne, starzy uczniowie — czarodziej spojrzał na Harry'ego, a jego wąs zadrgał z rozbawienia — jak i nowi. Witajcie w Hogwarcie! Oby ten rok był równie owocny w naukę jak poprzednie. A teraz, gdy powitanie mamy za sobą, cieszmy się tym wspaniałym wieczorem!

Rozbrzmiał głośny aplauz i cztery stoły napełniły się półmiskami.

Wspaniały zapach potraw wdarł się w nozdrza Harry'ego. Nałożył sobie soczysty befsztyk, idealnie zarumienione pieczone ziemniaki i sałatkę ze świeżych warzyw, które choć dziwnie razem wyglądały (kto miesza słonecznik z czerwoną fasolą i pomidorem?), okazały się smakować wybornie. Po zaspokojeniu pierwszego głodu skupił się na toczących się wokół rozmowach.

— Straciłem dziesięć galeonów — wyznał smutno Dorian, po czym westchnął jak człowiek, którego boleśnie doświadczyło życie.

Dorian Winters stanowił podręcznikowy przykład czarodzieja z arystokratycznych sfer: schludnie ubrany, smukły, o szarych, wyrazistych oczach i tak proporcjonalnej sylwetce, że można byłoby ją odmierzać linijką. Na serdecznym palcu lewej dłoni nosił srebrny sygnet z herbem domu świadczący o przynależności do bardzo starego rodu czystej krwi. Miał jednak w sobie coś, o czym Draco mógł jedynie pomarzyć, a mianowicie pewnego rodzaju swobodę i niewymuszoną naturalność. Harry nie zauważył też, by traktował mugolaków z wyższością.

— Nie uwierzyłem Weasleyom. No i okazało się, że skurczybyki nie kłamały.

Rozległo się głośne prychnięcie. Szczurkowata twarz Zachariasza Smitha, szczupłego, wysokiego nastolatka o jasnych włosach i zadartym nosie, wykrzywiła się gniewnie.

— A kto by uwierzył? Snape?

— Och, tylko nie zaczynaj! — żachnęła się Eliza, spoglądając na Zachariasza znacząco.

Elizabeth nasuwała na myśl jedną z tych gotyckich czarownic, których kartę kiedyś Harry wyłowił z czekoladowych żab: z bladą skórą, czarnymi włosami opadającymi na plecy i przenikliwym spojrzeniem bardzo ciemnych oczu bardziej pasowała do Slytherinu niż Hufflepuffu. W rezultacie pod ciężarem jej wzroku wyzierającego spod prostej jak drut grzywki Smith stracił nieco buty.

— Może jest nieprzyjemny — kontynuowała — ale przynajmniej dba o bezpieczeństwo uczniów. Gdyby nie on, już dawno wysadziłbyś klasę w powietrze.

— Serio? — Zachariasz wysunął wyzywająco szpiczasty podbródek, choć jego policzki poróżowiały. — A co z groźbą napojenia Hanny warzonym przeze mnie eliksirem? Mógł ją otruć!

— I dałeś się na to nabrać? — wtrąciła się Rose, wywracając oczami, jakby nie mogła uwierzyć, że ktoś może być taki tępy. Odsunęła z twarzy kosmyk, który uciekł z niedbale zawiązanego kucyka. Rose miała w sobie dziwną chłopięcość mimo posiadania typowo dziewczęcej urody. Jej twarz w kształcie serca zdobiły dołeczki i posiadała tak samo gęste i kręcone włosy jak Hermiona, choć były one jaśniejsze i gładsze, przez co wyglądały na zdecydowanie bardziej ułożone. — Jak niby miał dotrzymać słowa? Dyrektor wezwałby go na dywanik jeszcze tego samego popołudnia i mógłby stracić pracę! Profesor Snape powiedział tak tylko dlatego, żebyś się wreszcie przyłożył do pracy.

— Mimo to mógłby nie doprowadzać każdego tygodnia kogoś do płaczu — skonstatował dyplomatycznie Justyn. Justyn pochodził z bogatej rodziny, co uwidaczniało się w drogim ubraniu i starannie przyciętej fryzurze. Miał mugolskie korzenie, więc był entuzjastyczny i zachwycało go wszystko, co magiczne i niezwykłe, ale jednocześnie brakowało mu odrobiny krytycyzmu. — To nie było miłe, gdy Leanne wybiegła zapłakana z klasy i potem wypłakiwała oczy przez pół dnia.

— Leanne jest trochę zbyt wrażliwa — dołączyła się do rozmowy Susan. Jej rudy warkocz i piegi na nosie sprawiały, że mogłaby uchodzić za daleką kuzynkę Weasleyów. — I naprawdę powinna bardziej uważać na lekcjach, zamiast gapić się na chłopaków. Ale nic dziwnego, skoro obrała za przyjaciółki Lavender Brown i Romildę Vane. W takim towarzystwie każdy zszedłby na psy.

Harry siedział w ciszy, przetrawiając usłyszane informacje. Był zdziwiony, że ktokolwiek broni Snape'a. Gryfoni chórem na nim pomstowali, co było naturalne, skoro codziennie traktował ich z kompletną niesprawiedliwością, jednocześnie jawnie faworyzując Ślizgonów. Samemu Harry’emu napsuł tyle nerwów, że nieraz wyobrażał sobie, jak topi Snape'a we własnym kociołku. Uważał więc, że solidarność dotycząca niecierpienia nauczyciela eliksirów obejmuje wszystkie domy z wyłączeniem, rzecz jasna, Slytherinu.

— Mówisz tak tylko dlatego, że Snape traktuje cię w porządku.

— Jakbyś naprawdę chciał się czegoś nauczyć na jego lekcjach, też by cię traktował w porządku — wytknęła wyniośle Rose, uprzedzając słowa Susan. — Nie jest tajemnicą, że nie znosi leni albo tych, którzy myślą, że pozjadali wszystkie rozumy.

— Albo Harry'ego Pottera.

Harry gwałtownie drgnął na swoje nazwisko.

Dziewczyny spojrzały po sobie z niepewnymi minami.

— Nie wiem kompletnie, w czym jego problem. Słyszałam…

— Że pastwił się nad Potterem przy każdej nadarzającej się okazji — oświadczył Zachariasz. — Wszyscy wiedzą, że lekcje Ślizgonów z Gryfonami były piekłem, bo stary nietoperz tylko szukał okazji, żeby wlepić Potterowi szlaban. Ponoć raz odebrał Gryfonom punkty za „zbyt głośne oddychanie”. Dasz wiarę?

— To bardzo przykre — wyznała cicho Hanna. Miała niepozorny wygląd szarej myszki i swoją nieśmiałością trochę przypominała Neville'a, a już z pewnością mogła mu dorównywać ocenami z zielarstwa. — Naprawdę okropne. Tyle złych rzeczy mu się przytrafiło. Atak na jego dom, śmierć kuzyna i wujka, a później ta sprawa z ministerstwem. Teraz nawet nie może kontynuować nauki przez to głupie wyczerpanie magiczne. I to wszystko wydarzyło się tak szybko, praktycznie zaraz po tym c-co s-stało się z Ced-drikiem.

Jej oczy wypełniły się łzami i wyglądała, jakby za chwilę miała się rozpłakać.

Jakby wyczuwając nadciągającą katastrofę, resztki znikły ze stołu i pojawiły się desery, co skutecznie odwróciło uwagę Puchonów od ponurego tematu. Harry wyłowił ulubioną tartę polaną sosem melasowym spośród biszkoptów z kremem, lodów truskawkowo-miętowych i puszystych eklerków.

— Co myślicie o nowym nauczycielu? — zagadnął Ernie, gdy Harry był w połowie pochłaniania tarty. — Wygląda trochę młodo, nie sądzicie? Mam nadzieję, że będzie choć trochę kompetentny albo przynajmniej nie okaże się oszustem.

Wszyscy wbili wzrok w podium, gdzie obok Flitwicka siedział mężczyzna przywodzący na myśl skrzyżowanie żołnierza ze sławnym graczem quidditcha. Był wysoki i dobrze zbudowany, a krótkie włosy odsłaniały rzymski profil, który przecinała cienka blizna zaczynająca się od nasady nosa, a kończąca się w połowę policzka. Miał na sobie zwykłą profesorską szatę, ale była ona lekko rozpięta, ukazując śnieżnobiałą koszulę i czarne spodnie.

— Nie ma możliwości, żeby był oszustem. Nie po zabezpieczeniach profesora Dumbledore'a — wtrącił Justyn. — Widzieliście, co stało się z Eloise Midgen? Jakaś masakra.

— A co się stało? — zapytał natychmiast Harry.

— Nie posłuchała profesora Flitwicka — powiedział Dorian ze śmiechem, wskazując Harry'emu malutkiego nauczyciela. — Ty płynąłeś łódkami z pierwszakami, bo to tradycja, ale starsi uczniowie dostają się do Hogwartu powozami. Powozy zwykle podjeżdżają pod drzwi zamku, ale tym razem zatrzymały się pod główną bramą. Flitwick ostrzegł wszystkich przed nowymi zabezpieczeniami, po czym wyczytywał kolejno nazwiska. Kiedy doszedł do Midgen, zaczął się cyrk. Jak tylko przekroczyła bramę, zawył alarm. Wszyscy wpadli w panikę. Nauczyciele skoczyli do akcji z wycelowanymi różdżkami. Marietta z Ravenclawu piszczała: „śmierciożercy, śmierciożercy!”. No i okazało się, że Eloise posmarowała się maścią maskującą trądzik. W te wakacje leczono ją w Św. Mungu, ale po miesiącu wszystko wróciło. McGonagall wlepiła jej szlaban, a Flitwick rzucił na nią generalne Finite, w razie gdyby miała na sobie coś jeszcze.

Pod koniec historii oczy Harry'ego były okrągłe jak galeony. Po cichu odetchnął z ulgą, wyobrażając sobie, co by się stało, gdyby zabezpieczenie wykryło maść Snape'a i alarm włączyłby się na środku jeziora. Pewnie Hagrid rąbnąłby go swoim parasolem, myśląc, że jest śmierciożercą w przebraniu i trzeba byłoby go cucić w skrzydle szpitalnym.

W końcu wszyscy się najedli i talerze zabłysły złotem. Harry oparł się na łokciach, czując z wolna wkradającą się senność. Jego myśli krążyły z natręctwem bzyczącej muchy wokół miękkiej kołdry i poduszki, które czekały na niego gdzieś w zamku.

Profesor Dumbledore wstał i zapadła cisza.

— Zanim zawędrujemy do ciepłych łóżek po dniu pełnym wrażeń, mam do przekazania kilka ogłoszeń. Zakazany Las, mieszczący się na skraju szkolnych błoni, jest wciąż zakazany. Dobrze, żeby niektórzy o tym pamiętali. Pan Filch, nasz woźny, prosił mnie po raz czterysta sześćdziesiąty drugi, żebym przypomniał, iż na korytarzach nie wolno używać czarów, podobnie jak nie wolno robić wielu innych rzeczy. Pełna lista czynności i przedmiotów zabronionych jest wywieszona na drzwiach biura pana Filcha, który oczywiście z radością wszystkich zaprasza do poznania jej zawartości. Jak co roku początek miesiąca będzie poświęcony naborom do drużyn quidditcha, więc ci, którzy pragną spróbować swoich sił, powinni podać nazwiska opiekunom domów. Termin pierwszej wizyty do Hogsmeade jest ustalony na połowę października. Standardowo udział w niej mogą brać uczniowie od trzeciej klasy wzwyż.

Harry wyprostował się gwałtownie i gorączkowo przeszukał pamięć w próbie przypomnienia sobie, czy w ogóle otrzymał w tym roku formularz zezwalający na odwiedziny magicznej wioski, ale niczego takiego nie kojarzy. Postanowił, że przy najbliższej okazji zapyta o to Snape'a.

— Mamy również, jak co roku, zmianę w gronie nauczycielskim. Mam zaszczyt przedstawić wam profesora Randala Terrence'a, naszego nowego nauczyciela obrony przed czarną magią.

Przez salę przetoczyły się oklaski. Z lekkim uśmiechem czarodziej skinął głową.

— Jak wszyscy wiecie, Lord Voldemort i jego zwolennicy znowu są na wolności i zbierają siły. — Zapadła głucha, pełna napięcia cisza. — Trudno przecenić zagrożenie, jakie niesie obecna sytuacja, i konieczność zachowania przez każdego z was wszelkich środków ostrożności i bezpieczeństwa. Magiczna ochrona zamku została w ciągu lata bardzo wzmocniona, o czym przekonali się już co poniektórzy. — Czarodziej uśmiechnął się dobrodusznie, gdy w sali wybuchły pojedyncze chichoty, a Eloise zapadła się głębiej w krześle. — Chronią nas nowe i o wiele potężniejsze czary, ale musimy być wciąż uczuleni na jakikolwiek przejaw braku ostrożności ze strony każdego z uczniów i nauczycieli. Dlatego proszę was, żebyście ze zrozumieniem przyjęli wszelkie ograniczenia, jakie mogą na was nałożyć nauczyciele, choćby były dla was nie wiem jak uciążliwe. I proszę was, żebyście natychmiast donieśli któremuś z członków personelu o każdym przypadku zauważenia czegoś dziwnego albo podejrzanego w zamku lub poza nim. Ufam, że wszyscy zachowacie najwyższą ostrożność, dla własnego i każdego z waszych koleżanek i kolegów bezpieczeństwa [1].

— No, a teraz zmykajcie. Jutro pierwszy dzień szkoły i wasi nauczyciele nie będą zadowoleni, jeśli niewyspani zaczniecie drzemać w połowie ich fascynujących wykładów wprowadzających w tajniki magii. Miłej nocy!

Ławki hałaśliwie odsunięto i Harry podążył za Puchonami. Nie miał bladego pojęcia, gdzie znajduje się pokój wspólny Hufflepuffu. Do tego stęsknił się za zamkiem tak bardzo, że przywołanie na twarz radości połączonej z pewną dozą nerwowego wyczekiwania przyszło mu bez trudu.

W sali wejściowej zignorowali marmurowe schody wiodące na wyższe piętra i skierowali się w korytarz prowadzący do kuchni. Przeszli obok obrazu przedstawiającego miskę z owocami, a kiedy dotarli do końca korytarza, skręcili w lewo i wspięli się po kilku krętych schodkach. Po minięciu szeregu arrasów skręcili ponownie, tym razem w prawo, by ujrzeć obraz martwej natury oraz posąg starej wiedźmy. Tam znajdowała się kamienna wnęka z rządem ogromnych beczek. Lucy podeszła do środkowej beczki, wystukała na wieku nieznaną Harry'emu melodię, a następnie wyszeptała hasło: Ardua prima via est [2]. Z nicości zmaterializowała się klamka, a po jej naciśnięciu jej pokrywa ukazała ukryte przejście do pokoju wspólnego Hufflepuffu.

Harry okręcił się wokół własnej osi z rozdziawioną buzią. To miejsce było absolutnie magiczne i w niczym nie przypominało bezładnego, jaskrawego pokoju wspólnego Gryffindoru. Harry spodziewał się, że będą tu dominowały czerń i żółć, ale choć tych kolorów nie brakowało, znalazły się tu wszystkie kolory roku: soczysta zieleń źdźbeł traw porastających wiosną łąki, brąz urodzajnej ziemi, złoto wznoszących się ku słońcu kłosów, czerwień dorodnej jarzębiny, biel mrożącego koniuszki palców śniegu. Wszystko współgrało ze sobą w idealnym koncercie barw i nadawało przestronnemu pomieszczeniu tak przytulnego, domowego charakteru, że w jednej chwili Harry poczuł, jak uchodzi z niego napięcie ostatnich miesięcy.

Wszystko tu miało swoje miejsce. Koło wejścia znajdował się wielki kominek z wyrzeźbionymi po bokach dwoma borsukami i zachęcająco wyglądające fotele oraz kanapy. Rozżarzone bierwiona trzaskały wesoło w palenisku, oświetlając wiszący nad gzymsem obraz Helgi Hufflepuff. Założycielka domu obserwowała uważnie nowych uczniów i z uśmiechem witała starych. Na podłodze z wiśniowego drewna pyszniły się puchate dywany, a bielony sufit ozdabiały złote runy, które zdawały się błyszczeć w świetle miedzianych kandelabrów. Ścianę po prawej stronie przysłaniał pokaźny regał z książkami, a zaraz przy nim stało kilka stolików z krzesłami z żółtym obiciem i starannie wyrzeźbionymi podłokietnikami. Tu i ówdzie zieleniła się jakaś osobliwa roślina.

Harry podszedł do okna wykuszowego i przycisnął nos do szyby, by zobaczyć, co jest na zewnątrz. W świetle padającym z licznych okien rozpościerał się widok na błonia, kawałek lasu oraz coś, co wyglądało na ogród, ale było zbyt ciemno, by mógł stwierdzić dokładnie. Znajdowali się tak nisko nad ziemią, że z powodzeniem mógłby otworzyć okno i wyślizgnąć się na murawę. Czy nauczyciele nie obawiali się, że uczniowie mogą wykradać się w ten sposób z zamku? Harry był tu dopiero od pięciu minut i już doceniał przydatność takiego położenia. A może to typowa cecha Gryfonów? Pewnie Puchoni mieli lepsze rzeczy do roboty, niż włóczenie się po nocach.

Ernie zawołał go i Harry spojrzał, na co wskazuje. Zamiast dwóch par spiralnych schodów — jednych wiodących do dormitoriów chłopców, a drugich do dormitoriów dziewcząt — Puchoni posiadali dwa osobne korytarze, wyglądające jak borsucze norki. Harry podążył za wskazówką Erniego w prawy. Na jednych z okrągłych, pomalowanych na zielono drzwi wisiała plakietka głosząca „Piąty rok”.

Harry zajrzał do środka. Sypialnia chłopców przypominała tę, którą dzielił w Gryffindorze. Pięć łóżek z kolumienkami i kotarami stało w okrągłym pomieszczeniu, a przy każdym z nich znajdowała się szafka nocna na książki i podręczne rzeczy. Okna jednakże były okrągłe, kotary żółte, parapety ozdabiały doniczki z roślinami, a przy drzwiach stała wspólna szafa z ciemnego drewna. Justyn wytłumaczył, że zazwyczaj trzymają w niej płaszcze, miotły, strój do quidditcha i wszystko to, co nie mieściło się w szafce lub chciało się mieć pod ręką. Harry docenił takie rozwiązanie, bo codzienne przekopywanie się przez wszystko w kufrze bywało uciążliwe.

Obiecując sobie, że rozpakuje się jutro, kiedy będzie mniej zmęczony, podszedł do kufra, który czekał na niego przy jednym z łóżek. Wyciągnął piżamę i przybory toaletowe, a następnie minąwszy Doriana wieszającego plakat zespołu rockowego zwanego Dzikie Wilkołaki, udał się do łazienki. Po przebraniu się i umyciu zębów wślizgnął się pod kołdrę, zaciągnął zasłony i przez chwilę nasłuchiwał przytłumionych odgłosów współdomowników. Zastanawiał się, co teraz robi Ron. Czy widząc puste łóżko Harry'ego, tęskni za nim i czy rozmyśla, tak jak Harry, co porabia jego najlepszy przyjaciel? Przez sekundę serce Harry'ego ścisnęło się na myśl o wieży Gryffindoru z całym jej hałasem, zgiełkiem i jaskrawością. Potem jednak przypomniał sobie wszystkie powody, dla których powrót tam byłby równie trudny, co odejście.

Wsunął dłoń pod koszulkę i wyciągnął coś czerwonego i połyskującego. Jakimś sposobem trzymany w ręku przedmiot dodał mu otuchy.

— Załóż to — powiedział Snape poprzedniego dnia.

Z jego dłoni, na grubym łańcuszku, zwisał rubin wielkości przepiórczego jajka. Srebro oplatało klejnot niczym rama lustro. Było w nim coś hipnotyzującego.

— Co to jest?

— Amulet.

— Przed czym chroni?

Harry spojrzał w twarz mężczyzny, ale nie mógł z niej nic wyczytać.

— Trzymaj go zawsze przy sobie, a się dowiesz.

Snape kilkakrotnie podkreślił, żeby nigdy się z nim nie rozstawał, więc Harry wahał się przed ściągnięciem go nawet do snu w obawie, że rano o nim zapomni. Poza tym amulet nie przeszkadzał mu i nigdy o nic nie zahaczał, nawet podczas przebierania. Ostatecznie schował go pod koszulkę. Gdy klejnot dotknął skóry, zaczął na powrót emanować ciepłem. To pokrzepiające uczucie ukołysało Harry'ego do snu.

________________________
[1] Tak, jestem śmierdzącym leniem i wypowiedź tę (z małymi modyfikacjami) zaczerpnęłam z „Harry'ego Pottera i Księcia Półkrwi”. Dumbledore idealnie przekazał to, co chciałam zawrzeć, więc nie widziałam sensu produkowania się i pisania tego samego po raz drugi, tylko że innymi słowami. Dodatkowo część rzeczy w tym rozdziale może się powtarzać/być podobna do poprzednich tomów, gdyż w wielu miejscach trzymam się ściśle kanonu.
[2] Początki są trudne, dosł. pierwsza droga jest stroma.
[3] Jakby ktoś nie wiedział, a się zastanawiał, to tak wygląda okno wykuszowe: klik!

A/N: Ręka w górę kto się tego spodziewał! Tak więc... nie rzucajcie we mnie pomidorami, dobrze? Proszę? ^^
Rss Mail Blogger Wykop Facebook Twitter More