Rozdział 20. Niespodziewane spotkanie

Tak to już by­wa, że kiedy człowiek ucieka przed swoim strachem,
może się prze­konać, że zdąża je­dynie skrótem na je­go spotkanie.

— J.R.R. Tolkien


Z biegiem czasu Harry Potter, chłopiec o kruczoczarnych włosach, drobnej twarzy i jasnozielonych oczach, zmienił się w kogoś zupełnie innego — kogoś, kim powinien być od samego początku. Pod koniec czwartego tygodnia Severus przestał rozpoznawać w nim Jamesa.

Choć wydawałoby się to niemożliwe, krótkie włosy nabrały intensywniejszej barwy, migocząc w świetle dnia jak czysty węgiel. Wreszcie miękko układały się na głowie, ale Harry — nauczony przez lata, że wszelkie próby poskromienia bałaganu są bezskuteczne — darował sobie używanie grzebienia. Nadal więc miał na głowie nieporządek, lecz można było to nazwać artystycznym nieładem zamiast byciem porażonym piorunem.

Po Lily odziedziczył nos — drobny i idealnie prosty — oraz oczy. Jednak nawet one nabrały innego wyrazu. W oprawie gęstych rzęs kontrastowały na tle jasnej buzi, przypominając dwa starannie oszlifowane szmaragdy. Po Severusie natomiast otrzymał smukłe dłonie oraz rysy twarzy. Mimo że wciąż pozostała w nich pewna delikatność świadcząca o młodym wieku, linia szczęki wyostrzyła się, policzki uwydatniły, a usta zwęziły, co zwiastowało zmiany w późniejszym życiu, kiedy Harry stanie się mężczyzną.

Mimo że urósł tylko dwa cale [1] — co było rozczarowujące, bo nawet z dodatkowym wzrostem pozostawał niższy od rówieśników — chorobliwa kościstość złagodniała, nadając sylwetce wrażenie wytrzymałości. Wreszcie przestał przywodzić na myśl patyczki połączone sznurkiem i Severus nie obawiał się, że lada moment się rozsypie. Przypuszczał jednak, że dzięki eliksirowi witalizującemu, który zaczął ostatnio dodawać do soku Harry'ego, w ciągu najbliższych tygodni parę rzeczy zdąży się jeszcze zmienić.

Ostatecznie Harry tylko zyskał. Stał się przystojnym młodzieńcem, dużo przystojniejszym niż był James i nieporównywalnie przystojniejszym od Severusa, który sporo cech odziedziczył po Tobiaszu, takich jak ziemista cera, zakrzywiony nos i cienkie włosy z okropną tendencją do przetłuszczania. Czasami, gdy obserwował chłopca podczas wspólnych posiłków, kąciki jego ust unosiły się w perfidnym uśmiechu na myśl, że James Potter musi przewracać się w grobie. Niekiedy jednak wciąż abstrakcyjna idea bycia ojcem nabierała realności i w takich momentach zadziwiało go, jak to możliwe, że miał udział w stworzeniu czegoś tak… niezwykłego. Harry nie był zaledwie kopią jego i Lily, ale wyjątkową mozaiką cech Snape'ów, Prince'ów i Evansów, zagarnąwszy dla siebie wszystko, co najlepsze.

Harry zmarszczył brwi i nos. Po tylu dniach spędzonych razem Severus wiedział, że myśli nad problemem, z którym nie może sobie poradzić.

W końcu chłopiec skrzywił się i przejechał dłonią przez bujną grzywę, która wyglądała, jakby była kropka w kropkę ściągnięta z Howarda Prince'a. Następnie skreślił jedno ze zdań, zwinął pergamin w rulonik i przesunął w kierunku Severusa. Mężczyzna przeskanował list wzrokiem, nadal nie wiedząc, co sprawiało chłopcu taki problem. Po upewnieniu się, że zawartość nie zdradza niczego niepożądanego, rozkazał Milly zanieść pergamin do dyrektora, by ten przekazał go dalej podczas następnej wizyty w Kwaterze Głównej Zakonu.

— Zanim wyjdziemy, zaaplikuj maść. — Postawił na blacie słoiczek. — Cała maskarada straci sens, jeśli twoje czoło oznajmi światu, kim naprawdę jesteś.

Harry spojrzał na niego ze zdziwieniem i potarł palcami bliznę w kształcie błyskawicy.

— To ją da się usunąć?

— Nie, ponieważ powstała w wyniku czarnej magii, ale można sprawić, że będzie niewidoczna. Efekt utrzymuje się maksymalnie czterdzieści osiem godzin i opiera się niemal wszystkim czarom ujawniającym. Radziłbym jednak aplikować maść codziennie o stałej porze, bo traci potencjał w zależności od czynników atmosferycznych. Woda osłabia jej działanie, tak jak nadmierne gorąco lub zimno.

Harry wziął słoiczek do ręki. Zarówno szklane opakowanie, jak i biała zawartość wyglądały zwyczajnie i przypominały zwykły krem do rąk. Odkręcił wieczko i powąchał. Powietrze wypełniła przyjemna woń koniczyny. Nabrawszy odrobinę, rozsmarował w miejscu, gdzie znajdowała się blizna. Po chwili pod opuszkami palców poczuł niemal gładką skórę. Tylko jeśli bardzo się postarał, wyczuwał, że blizna wciąż tam jest.

— Łał.

Zadowolony z pozbycia się blizny, nawet jeśli tymczasowo, wstał od stołu i nerwowo wygładził letnią szatę. Dziś szli do Londynu, by kupić różdżkę i załatwić formalności w ministerstwie.

— Gotowy? — zapytał Snape, gdy stanęli w gabinecie przed kominkiem.

Harry spojrzał w dół na nowe, wypolerowane buty. Po chwili wahania przytaknął. Perspektywa podróży na ulicę Pokątną nie przedstawiała się tak zachęcająco jak jeszcze dwa dni temu. Racjonalna część umysłu mówiła mu, że prawdopodobnie niepotrzebnie się martwi, ale wątpliwości i tak pozostały. Co jeśli ktoś go rozpozna? Albo wpadnie na przyjaciół i przez przypadek powie coś, czego nie powinien?

— Wszystko będzie dobrze — zapewnił Snape. — Nawet jeśli twoi przyjaciele odniosą wrażenie, że rozmawiacie ze sobą nie po raz pierwszy, stwierdzą po prostu, że jesteście pokrewnymi duszami. Czasem tak się zdarza, że poznajemy kogoś zupełnie nowego, a wydaje nam się, jakbyśmy się znali całe życie. Musisz jedynie pilnować gestów i tego, co mówisz.

Harry westchnął ciężko. Opanowywanie pewnych przyzwyczajeń sprawiało mu zdecydowaną trudność. Przez kilka ostatnich dni Snape wciąż go upominał. Nawet jeśli część dawnego zachowania znikła wraz z nowym wyglądem (zauważył na przykład, że w nowym ciele dużo naturalniej siedzi się lub stoi w pewien określony sposób), to jednak nic nie mógł poradzić na przygryzanie wargi, mierzwienie włosów czy wzruszanie jednym ramieniem. Jasną stroną tej sytuacji było to, że poważny problem stanowiłoby dopiero zachowanie wszystkich dawnych przyzwyczajeń. Tych kilku prawdopodobnie i tak nikt nie zauważy. No może oprócz Hermiony, dodał ponuro w myślach.

Tymczasem zaskoczyło go, że pomimo tylu zmian czuł się dobrze we własnej skórze, nawet jeśli wciąż nie mógł przyzwyczaić się do oglądania w lustrze nieznajomej twarzy i słuchania głosu, który nabrał większej głębi i nieco innej barwy. Koniec końców Harry zrozumiał, dlaczego proces przemiany trwał tak długo. Gdyby nastąpiło to w ciągu jednego dnia, przeżyłby prawdziwą traumę. Samo wyobrażenie tego wywoływało ciarki.

Snape wskazał na miseczkę stojącą na gzymsie i Harry, rad nierad, chwycił garść proszku Fiuu. Następnie wrzucił go do ognia i wkroczył w płomienie.

— Dziurawy Kocioł! — zawołał.

Świat zawirował w karuzeli barw i świście powietrza, kiedy pędził z zawrotną prędkością przez kolejne kominki. Zrobiło mu się niedobrze, więc zamknął oczy i dla pewności bardziej przycisnął łokcie do boków. Kiedy kominek go wypluł, niemal rozpłaszczył się na podłodze, ale w porę ktoś chwycił go za ramię.

— Wszystko w porządku?

Harry uniósł głowę i spojrzał w prostoduszną twarz barmana.

— Um… t-tak? — wyjąkał, sprawdzając, czy na pewno wszystko znajduje się na swoim miejscu.

Kominek rozbłysnął zielenią i z paleniska wystąpił Snape. Po zobaczeniu barmana skinął głową na powitanie.

— Dzień dobry, Tom. Alan, wszystko w porządku?

Łysy barman uniósł obie brwi w zdziwieniu i przyszpilił chłopca spojrzeniem, sprawiając, że Harry przestąpił nerwowo z nogi na nogę.

— Moje nieba, czyżby…?

Kącik ust Snape'a uniósł się lekko.

— W rzeczy samej — odparł spokojnie. — Alan, to jest Tom, właściciel Dziurawego Kotła. Tom, to Alan, mój syn.

Dźwięcząca w głosie duma sprawiła, że przez sekundę Harry wpatrywał się w Snape'a z rozdziawioną buzią, ale szybko skarcił się za głupotę. Snape nie byłby szpiegiem, gdyby nie potrafił grać.

— Miło mi pana poznać — powitał Harry grzecznie.

— Mnie również, chłopcze. — Następnie barman zwrócił się do Snape'a. — Nie wiedziałem, że masz syna.

— To samo mógłbym powiedzieć o sobie… — mruknął Snape z ponurym sarkazmem, ale głośno dodał: — Wybacz, ale spieszymy się. Prawdopodobnie w pierwszym tygodniu września skuszę się na kieliszek whisky. Przy tak dużym zaopatrzeniu szkoły zawsze są jakieś pomyłki i potem trzeba korygować zamówienie u Sluga i Jiggersa.

Barman klasnął w ręce i wyszczerzył zęby, powracając za kontuar.

— Ależ oczywiście. Do widzenia, profesorze Snape.

Wyszli na podwórze. Snape stuknął różdżką w odpowiednią cegłę. Przejście otworzyło się, ukazując jak zwykle gwarną i pełną niesamowitości ulicę Pokątną. Harry wykręcał szyję, chcąc zobaczyć wszystko naraz. Choć znał to miejsce bardzo dobrze, liczne stragany i magiczne szyldy przykuwały uwagę. Tym razem jednak coś tu zdecydowanie nie pasowało. Czarodzieje zmierzali w pośpiechu od sklepu do sklepu, wodząc oczami lękliwie, jakby w obawie, że nagle ktoś zaatakuje ich zza pleców.

Zauważywszy zmarszczone czoło Harry'ego, Snape wskazał na najbliższą witrynę, gdzie wisiał plakat z ruchomą podobizną jednego ze zbiegłych śmierciożerców.

— Po ataku na ministerstwo i wtargnięciu do Azkabanu ludzie przestali czuć się bezpiecznie. Czarny Pan powrócił, a słudzy są u jego boku. To wystarczający powód do strachu.

Wkrótce natrafili na aptekarnię i mężczyzna dał znak, że zatrzymają się w niej na chwilę. Dzwonek przy drzwiach zabrzęczał, gdy przekroczyli próg. Harry wstrzymał oddech, kiedy w jego nozdrza wdarł się ostry zapach ziół i składników do eliksirów. Na półkach rozpościerały się szczurze łapki, wątroby jaszczurek, żabie oczy, różnokolorowe pazury, wysuszone skóry węży i wiele innych. Wiedziony makabryczną ciekawością zajrzał do beczułki, w której pływało coś różowego oraz oślizgłego. Kiedy rozpoznał mózgi, natychmiast zadrżał i odwrócił wzrok.

Ponieważ Snape stał przy kontuarze, zajęty negocjowaniem cen smoczej krwi i łusek szyszkowców olbrzymich [2], z nudów Harry okrążył sklep. Większość ingrediencji była absolutnie odrażająca, ale od czasu do czasu znajdował coś na tyle interesującego, że nie potrafił powstrzymać się od dziabnięcia weń palcem. Właśnie przyglądał się czemuś, co podejrzanie przypominało skórę bazyliszka, gdy usłyszał swoje imię. Widząc, że Snape dobił targu, posłusznie podążył za nim na zalaną słońcem ulicę.

To było bardzo dziwne doświadczenie — zwyczajnie iść ulicą ze świadomością, że nie muszą obawiać się ataku. Rola Snape'a gwarantowała im bezpieczeństwo, ale mimo to Harry wolał wrócić do domu bez żadnych niespodzianek. Nie wiedział, jak zareagowałby, gdyby nagle na ulicy Pokątnej aportował się Voldemort wraz ze śmierciożercami.

Myśli te natychmiast uleciały z jego głowy, gdy dostrzegł sklep z markowym sprzętem do quidditcha. Zwolnił wiedziony jakąś nienazwaną siłą. Nawet nie zauważył, kiedy stanął przed wystawą, łowiąc każdy detal Błyskawicy — od wypolerowanej rączki po idealnie proste witki. Wciąż była najlepszą miotłą świata.

Nagle poczuł na ramieniu dłoń Snape'a.

— Przepraszam, ja tylko… — pospieszył z wyjaśnieniem.

— Nic nie szkodzi. — Snape pochylił się nad jego ramieniem, jakby chcąc zobaczyć Błyskawicę z bliska, i dodał cicho: — Twoja ostatnia miotła została zniszczona podczas ucieczki, prawda? — Harry nagle zrozumiał, że mężczyzna udawał zainteresowanie, żeby uniknąć podsłuchania przez przechodniów. — Kupienie nowej miotły nie byłoby problemem, jednak nie będziesz mógł w tym roku grać.

Harry spojrzał na Snape'a osłupiały. Wpierw nie wierzył, że mężczyzna rozważał kupienie nowej miotły, a potem dotarła do niego dalsza część zdania.

— A-ale dlaczego? — wykrztusił.

Tylko w powietrzu czuł się prawdziwie wolny. Nie wyobrażał sobie teraz jedynie obserwować, jak grają inni.

— Ponieważ nie posiadasz pełnej sprawności i byłoby to niebezpieczne. Wciąż przyłapuję cię na tym, jak się potykasz albo jak coś wypada ci z rąk.

— Ale na pewno jest jakiś sposób! — zaprotestował żarliwie. — Jakiś czar, który przykleiłby mnie do miotły albo uniemożliwił upadek.

— Po co są tłuczki? — zapytał nagle Snape.

Przez moment zabrakło Harry'emu słów. Dlaczego Snape zadaje tak oczywiste pytanie?

— Żeby zrzucić graczy z miotły i tym samym utrudnić zdobycie kafla albo znicza.

— Dokładnie. Zatem każdy czar uniemożliwiający to jest sprzeczny z regulaminem. Ponadto przyklejenie, jak to nazwałeś, nie rozwiązuje problemu kontroli nad miotłą. Równie dobrze możesz wpaść na innego ucznia albo rozbić się o ziemię razem z miotłą.

Harry wbił wzrok w wystawę, starając się zapanować nad tym okropnym uczuciem, które wezbrało w gardle. Los rzeczywiście był podły. Z kilku drobnych radości, jakie mu pozostały, i to musiał odebrać. Nawet gdyby Snape nie kupił mu miotły — co zresztą Harry zakładał od samego początku — zawsze pozostawało pożyczenie jednej ze szkolnych. Teraz natomiast okazało się, że w ogóle nie będzie mógł latać — ani na swojej, ani na pożyczonej.

Dalszą drogę spędzili w milczeniu, mijając kolejne sklepy i stragany. Całe wyposażenie, wymagane do rozpoczęcia nowego roku szkolnego, zostało zamówione przez sowią pocztę, więc Harry'emu brakowało wyłącznie różdżki. Nie musiał nawet odwiedzać Madame Malkin, bo dzień wcześniej ponownie przybył krawiec Snape'a, tym razem w celu dopasowania szkolnych szat i uzupełnienia zimowej garderoby. O dziwo, pan Whitby zachowywał się, jakby nigdy wcześniej nie spotkał sławnego Harry'ego Pottera. Jedynym wyjaśnieniem tej ewidentnej luki w pamięci, jakie przychodziło Harry'emu do głowy, było to, że Snape ma z nią coś wspólnego.

Po krótkim przystanku w Magicznej Menażerii i kupieniu przysmaku dla Hedwigi stanęli przed maleńkim sklepem Ollivandera. Wyglądał dokładnie tak jak cztery lata temu. Złuszczone, złote litery zdobiły szyld nad drzwiami, a wewnątrz było zupełnie pusto, jeśli nie liczyć krzesła z wysokim oparciem i pudełek piętrzących się od podłogi do sufitu.

— Dzień dobry — powitał ich znajomy głos. Srebrzyste oczy spojrzały przenikliwie na Harry'ego, by po kilku sekundach przenieść się na Snape'a. — W czym mogę pomóc?

— Tego roku Alan dołączy do Hogwartu i potrzebuje nowej różdżki. Wcześniejsza została złamana podczas upadku z miotły.

— Mają ją państwo przy sobie? — zapytał Ollivander, a jego oczy spoczęły ponownie na Harrym, jakby oczekując, że za moment ową różdżkę pokaże.

Kiedy Snape sięgnął za pazuchę z wyraźnym zamiarem, serce Harry'ego skoczyło do gardła. Snape nie może posiadać jego zniszczonej różdżki, prawda? A nawet jeśli jakimś cudem ją znalazł, oznaczałoby to, że Ollivander natychmiast rozpozna, do kogo należy!

Jednak wyciągnięta przez niego różdżka nie miała jedenastu cali i nie była wykonana z ostrokrzewu.

— Hm… — mruknął Ollivander, ostrożnie ujmując dwa końce połączone wyłącznie cienkim włókienkiem. — Z przykrością muszę stwierdzić, że ma pan rację, profesorze Snape. Pański syn będzie potrzebował nowej różdżki. Rdzeń jest uszkodzony, a tego nie da się naprawić. — Zbliżył różdżkę do twarzy i przesunął długim palcem po rączce. — Tak, dzieło Gregorowicza. Dziesięć cali, jesion, włos z grzywy sfinksa.

Następnie wszystko potoczyło się jak podczas pierwszej wizyty. Ollivander zapytał, która ręka ma moc, taśma pobrała pomiary, a potem podawał różdżki do wypróbowania. Niestety i tym razem Harry próbował i próbował, ale żadna nie była odpowiednia — albo reagowała awersją, albo nie działała, albo też czarodziej zabierał ją, mrucząc „nie, nie…”, zanim Harry zdążył machnąć. Po godzinie, kiedy wokół nich urosły stosy wypróbowanych różdżek, pan Ollivander był w rozterce, a Harry czuł ogromne rozczarowanie.

— Przyznam, że już kilka razy miałem podobną sytuację, ale ostatecznie zawsze udawało się znaleźć odpowiednią różdżkę. Tym razem obawiam się jednak, że nie posiadam takiej, która byłaby chętna wybrać pana Alana.

Czarodziej wydawał się bardzo zaniepokojony tym faktem.

— Czy można wykonać różdżkę na zamówienie? — zapytał Snape. — Może to będzie właściwe wyjście?

— Jak najbardziej. Niemniej problem może tkwić w wyborze rdzenia. Używamy tylko rogów jednorożca, piór feniksa i smoczych serc… — Nagle oczy Ollivandera rozszerzyły się do komicznych rozmiarów. Z nowym wigorem ruszył do wystawy, gdzie na wyblakłej poduszce leżała samotna różdżka [3]. Harry usłyszał, jak czarodziej mruczy do siebie: — Czemu wcześniej o tym nie pomyślałem…

Ollivander podniósł ostrożnie różdżkę. Przypominała kość słoniową, a na jej rączce widniały dziwne znaki.

— Liczy niemal dwa i pół tysiąca lat i jest jedną z pierwszych różdżek, jaką wykonali Ollivanderowie. Przez tak długi czas nie znajdywała właściciela, że w końcu stała się jedynie eksponatem. Założyciel sklepu, Marcus Ollivander, tworzył wtedy z przeróżnych magicznych stworzeń. Gryfów, wiwern, a nawet bazyliszków. Ta jest wykonana z osiki, ma dokładnie dwanaście cali i rdzeń z pióra pegaza. Pegazy to potężne stworzenia, ale również niezwykle szlachetne — są szybkie i wytrzymałe, a jednocześnie przyjacielskie i łagodne. Potrafią uzdrowić śmiertelnie chorego człowieka, jeśli zasłuży sobie na ich miłość. Jednak rzadko darzą zaufaniem i oddają swoje serce. Może dlatego różdżka nie znalazła właściciela. Jeśli będzie komuś służyć, to tylko jednemu czarodziejowi. W obcych rękach stanie się zaledwie kawałkiem drewna. Wątpię nawet, czy w razie przegranej w pojedynku rozpozna innego właściciela niż tego, którego wybrała na samym początku.

— A te znaki? — zapytał Harry.

Nigdy wcześniej nie widział różdżki wykonanej w ten sposób, na dodatek tak pięknie.

— Celtyckie symbole. — Czarodziej obrócił powoli różdżkę. — Zobacz, jest ich pięć, co nie jest bez znaczenia. O ile czwórka przedstawia cztery elementy wszechświata, jak chociażby cztery żywioły czy cztery pory roku, o tyle piąty element je jednoczy. Razem są źródłem mocy, która może zostać wykorzystana przez ludzki umysł. — Długi palec wskazał pierwszy symbol, a przynajmniej tak się Harry'emu wydawało, bo ciężko było powiedzieć, gdzie znaki się zaczynały, a gdzie kończyły. — Pierwsza to quaternara, plecionka tarczy. Symbolizuje ochronę, ale ponieważ ma otwarte ścieżki, oznacza również podróż. Celtyccy wojownicy dekorowali nią własne tarcze. Druga to plecionka wieczności i symbolizuje zwycięstwo życia nad śmiercią. Trzecia to triquetra, inaczej trzy jedności. Przedstawia nierozerwalną więź. Łączy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, a także kreację, trwanie i destrukcję. Czwarta nazywa się triskelion. Jej wygląd opiera się na koncepcji ruchu, bo symbolizuje działanie i rozwój. Ostatnia natomiast znana jest jako drzewo życia lub węzeł dara, ponieważ „doire” w języku irlandzkim znaczy „dębowe drzewo”. Miała szczególne znaczenie w czasach największej próby, kiedy trzeba było wykazać się wewnętrzną siłą, odwagą i męstwem. — Ollivander uniósł wzrok znad różdżki. — Podsumowując, razem stają się potężnym magicznym talizmanem [4].

Nawet Snape sprawiał wrażenie zainteresowanego. Pochylił się nisko, studiując z bliska białą różdżkę.

— W połączeniu z drewnem, rdzeniem i symbolami śmiem twierdzić, że to jedna z najpotężniejszych różdżek, jakie kiedykolwiek zostały wyprodukowane przez Ollivanderów. Niestety nikt nie wydawał się jej wystarczająco godny.

Harry westchnął ze zrezygnowaniem. Skoro różdżka nie znalazła wcześniej wystarczająco godnego czarodzieja, nie było szans, żeby wybrała akurat jego. Może polubiłaby Merlina albo Dumbledore'a — kogoś mądrego, szlachetnego, odważnego i potężnego — ale z pewnością nie Harry'ego.

Jednak Ollivander wyciągnął ku niemu różdżkę i chłopiec nie miał innego wyboru, jak ją chwycić.

Gdy tylko czubki palców dotknęły białego drewna, poczuł przyjemne ciepło, a przez jego ciało przemknęła nieopisana radość. Roześmiał się, gdy z końca różdżki wytrysnęły złote i srebrne iskry, oświetlając cały sklep. Czuł się tak, jakby odzyskał utraconego przyjaciela albo znalazł coś niezwykle cennego — cenniejszego od skarbów skrytych w podziemiach Gringotta, a już na pewno cenniejszego niż wszystkie miotły świata.

Kiedy spojrzał na Ollivandera, w oczach czarodzieja błyszczały łzy wzruszenia.

— Cudownie, cudownie! Ten dzień przejdzie w mojej rodzinie do historii. Dwa i pół tysiąca lat! Nie sądziłem, że dożyję tej chwili. Naprawdę nie sądziłem. Nie do wiary. No, no, no, panie Snape, z pewnością można spodziewać się po panu wielkich rzeczy! Być może nawet zmieni pan bieg historii.

Dreszcz przebiegł po plecach Harry'ego. Ollivander nie był daleki od prawdy. Jeśli jakimś cudem uda się mu kiedyś pokonać Voldemorta, zdecydowanie będzie to można nazwać zmianą biegu historii.

Snape zapłacił Ollivanderowi pięćdziesiąt galeonów, o dziesięć więcej niż ten zażądał, twierdząc, że taka różdżka wymaga swojej ceny. Zaaferowany czarodziej odprowadził ich do drzwi, kłaniając się w pas na pożegnanie.

Harry ostrożnie schował nowy nabytek do kieszeni szaty i westchnął szczęśliwie. Miał nową różdżkę i do tego nie byle jaką.

Snape spojrzał na niego i kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu.

— Muszę stwierdzić, że to było niezwykłe.

Harry przytaknął w pełnej zgodzie.

— Do tej pory nie wierzę, że różdżka wybrała właśnie mnie. Byłem pewny, że wyjdę ze sklepu z pustymi rękami.

— Według mojej wiedzy różdżki wykonane z osiki posiadają wybitny potencjał magiczny i są idealne zarówno do walki ofensywnej, jak i defensywnej. Przykładowo w osiemnastowiecznych klubach pojedynków posiadano różdżki wykonane wyłącznie z osiki. Nie dość, że ładnie wyglądają, to jeszcze w razie ataku przez wampira mogą posłużyć jako kołek do przebicia serca. Mimo że jestem przeciwny używaniu różdżek w tak niegodny sposób, z pewnością nie zawahałbym się dźgnąć nią wampira w akcie desperacji. Jestem przekonany, że będzie ci dobrze służyć.

Harry wlepił rozszerzone oczy w Snape'a. Nigdy nie wpadłby na to, by użyć różdżki w taki sposób, choć po zastanowieniu miało to sens. W trzeciej klasie przerabiali wampiry, więc doskonale zdawał sobie sprawę, że potrafią być równie niebezpieczne co wilkołaki podczas pełni. Ponieważ czarodzieje polegali na różdżce, Remus nauczył ich zaklęć pozwalających utrzymać głodnego wampira na dystans, ale Harry wiedział, że teoria nie zawsze sprawdza się w praktyce. Wtedy rzeczywiście posiadanie pod ręką osinowego kołka może uratować życie. Problem polegał na tym, że żaden normalny czarodziej nie nosił go w torebce, tak na wszelki wypadek.

Był tak zaabsorbowany własnymi myślami, że nie zwracał uwagi na to, co się wokół niego dzieje. Powietrze zostało wydarte z jego płuc, kiedy z całą siłą zderzył się z czymś miękkim, a jednocześnie nieustępliwym. W porę Snape złapał go za ramię, ratując przed zwaleniem z nóg. Zdezorientowany Harry wydukał krótkie „dzięki”. Przed nim, wśród rozrzuconych na bruku książek, zobaczył burzę brązowych loków, która mogła należeć tylko do jednej osoby.

Hermiona.

Harry stał jak spetryfikowany, gdy przyjaciółka wrzucała do torby kolejne książki. Snape ścisnął jego ramię ostrzegawczo.

— Panno Granger, proszę na przyszłość patrzeć przed siebie! — Głos Snape'a przeciął powietrze jak brzytwa.

Hermiona podniosła torbę i z przerażeniem spojrzała na górującego przed nią nauczyciela.

— Bardzo przepraszam, panie profesorze. Naprawdę nie wiem, jak mogłam nie zauważyć… Słowo daję… Wszystko w porządku? — zwróciła się do Harry'ego, który wciąż będąc oszołomionym, jedynie kiwnął głową. Dziewczyna wyciągnęła dłoń. — Chyba się nie znamy. Nazywam się Hermiona Granger.

Harry uścisnął dłoń i wykrztusił:

— Alan. Alan Snape.

Brązowe oczy rozszerzyły się w zaskoczeniu i z ust dziewczyny wydobyło się krótkie „och”. Spojrzała na Snape'a, a potem na Harry'ego, jakby próbowała ich porównać.

— Nie wiedziałam… To znaczy nie przypuszczałam, że ma pan… no właśnie...

Zakłopotana Hermiona, która nie wie, co powiedzieć, była tak rzadkim zjawiskiem, że Harry od razu się uśmiechnął.

— Nie sprawia takiego wrażenia, prawda? — zażartował, dostając od Snape'a kolejne ostrzeżenie, na co miał ochotę wywrócić oczami.

Hermiona zarumieniła się jeszcze bardziej, ale widząc pochmurną minę mężczyzny, szybko zmieniła temat.

— Nie pamiętam cię z Hogwartu. Uczęszczasz do którejś z zagranicznych szkół?

Harry od razu poznał, że przyjaciółka umiera z ciekawości, by zapytać „dlaczego nie do Hogwartu?”. Wszak Snape jest tam profesorem, a sam Hogwart miał sławę na cały świat. Jednak dobre maniery i obawa przed gniewem Snape'a powściągnęły jej pragnienie zdobycia wiedzy.

— Pobierałem prywatną edukację. Ale w tym roku idę do Hogwartu. Długa historia.

— Na pewno ci się u nas spodoba. Sama nie mogę się już doczekać pierwszego września! — Nagle dojrzała coś w oddali. Na szczęście byli to tylko państwo Granger. Harry nie wiedział, jak poradziłby sobie, gdyby zjawili się jeszcze Ron i reszta Weasleyów. Owszem, tęsknił za nimi, ale kompletnie nie wiedział, jak odnaleźć się w skórze Alana Snape'a. — No to do zobaczenia w pociągu. Do widzenia, profesorze.

Harry pomachał jej na pożegnanie.

Snape nie odpowiedział, choć nie spuszczał z Hermiony wzroku, dopóki nie zniknęła w tłumie.

— Mogłeś jej odpowiedzieć — burknął Harry, zły na tak niegrzeczne potraktowanie przyjaciółki.

Snape prychnął.

— Nigdy nie lubiłem panny Wiem-To-Wszystko. Straszna z niej mądrala, która pragnie być w centrum uwagi.

— Gdybyś naprawdę znał Hermionę, nie mówiłbyś tak.

Na te słowa Snape jedynie mruknął niezobowiązująco.

Wkrótce zostawili za sobą Pokątną. Przez dłuższy czas szli ulicami mugolskiej części Londynu, aż trafili na niezbyt zachęcająco wyglądającą alejkę, która znajdowała się wśród niskich, obdrapanych biurowców.

— Wskakuj — nakazał Snape, wskazując na czerwoną budkę telefoniczną. Brakowało w niej kilku szyb, a aparat telefoniczny wisiał krzywo, jakby ktoś usilnie próbował go oderwać.

Nieco zbity z tropu wszedł do środka. Snape wcisnął się obok i chwycił za słuchawkę. Następnie wykręcił numer sześć, dwa, cztery, cztery, dwa.

— M-A-G-I-A — skomentował Snape. — Hasło otwierające przejście do ministerstwa.

Z wnętrza aparatu rozległ się chłodny żeński głos:

— Witamy w Ministerstwie Magii. Proszę podać imię, nazwisko i sprawę.

Snape udzielił wymaganej informacji i szczelina, która zwykle zwraca monety, wypluła dwie srebrne plakietki. Przypięli je sobie do piersi.

— Szanowny interesancie, przypominamy o konieczności poddania się kontroli osobistej i okazania różdżki do rejestracji przy stanowisku ochrony, które mieści się w końcu atrium.

Podłoga budki telefonicznej zadygotała i zaczęli opadać. Chodnik przesuwał się w górę, aż zostali pochłonięci przez ciemność, ale niedługo potem u ich stóp pojawił się pasek złotego światła, który rozszerzał się, z wolna ukazując imponującej wielkości hol z wypolerowaną posadzką z ciemnego drewna.

— Ministerstwo Magii życzy państwu miłego dnia — oznajmił kobiecy głos.

Drzwi otworzyły się i Harry okręcał głowę, chcąc przyjrzeć się wszystkiemu naraz: sufitowi z lśniącymi, nieustannie zmieniającymi się symbolami; kominkom, z których co parę sekund ze świstem wynurzała się nowa postać; fontannie z posągami centaura, goblina i skrzata domowego wpatrujących się z zachwytem w dwóch czarodziejów, a także ubranemu w różnokolorowe szaty tłumowi, który zmierzał ku złotym wrotom w drugim końcu holu[4].

— Tędy — powiedział Snape, kierując się do biurka, nad którym wisiała tabliczka z napisem: OCHRONA.

Kiedy zostali zeskanowani prętem przypominającym antenę samochodową, a ich różdżki zmierzono na mosiężnej wadze o jednej szalce, przeszli do mniejszego holu, gdzie znajdowało się kilkanaście wind. Nie minęło wiele czasu, aż krata najbliższej z nich rozsunęła się i w milczeniu zjechali w dół, ku Departamentowi Czarodziejskiej Rodziny mieszczącemu się na czwartym piętrze.

Na końcu korytarza przywitał ich Dumbledore i zaprowadził do sali pachnącej pergaminem, w której wszędzie piętrzyły się szuflady. Dyrektor machnął różdżką i jedna z nich rozbłysła na złoto. Wyłowił właściwą teczkę, a następnie wskazał na dwa fotele stojące przy mahoniowym biurku.

— Severusie, wypełnij tutaj.

Harry zerknął na pergamin, który Dumbledore położył przed Snape'em. Był to długi formularz z mnóstwem rubryk, a wszystkie dotyczyły Harry'ego — jego poprzedniego oraz nowego imienia i nazwiska, daty urodzenia, danych dotyczących rodziców, informacji o żyjących i nieżyjących członkach rodziny, chrzestnych, a nawet opiekunach, którzy mieliby przejąć opiekę w razie nagłej śmierci rodzica.

Widząc, kogo Snape wymienił w ostatniej rubryce, Harry rozdziawił usta.

— Kiedy z nimi rozmawiałeś?

Snape utkwił w nim ciemne spojrzenie.

— Nie rozmawiałem, ale nie wybrałbym ich, gdybym nie był pewny, że przyjmą cię bez protestu. Wiem, że wiele dla ciebie znaczą, a także mam świadomość, że uczucia te są odwzajemnione. To jest moja wola — postukał palcem w rubrykę z imionami Molly i Artura — a nasze rodziny łączą więzy krwi, nawet jeśli odległe. Dodatkowo przeznaczyłem wystarczającą sumę pieniędzy na twoje utrzymanie, żeby aspekt finansowy nie stanowił problemu. Nikt nie będzie miał prawa zakwestionować mojego wyboru.

— Czy to naprawdę konieczne? — zapytał Harry. — To znaczy nie spodziewasz się umrzeć, prawda?

To było dziwne, ale myśl ta powodowała osobliwe uczucie w żołądku Harry'ego. Pomimo burzliwego miesiąca i braku sympatii do Snape'a uświadomił sobie, że jest już zmęczony zmianami. Weasleyowie z pewnością przyjęliby go z otwartymi ramionami, ale znowu musiałby dostosowywać się do nowej sytuacji. Z drugiej strony tęsknił za rodzinnym ciepłem, które zawsze czuł, będąc w towarzystwie Weasleyów, więc nie potrafił zrozumieć, czemu nagle myśl o wyprowadzeniu się z Prince Manor zaczęła napawać go obawą. A może zwyczajnie martwił się tym, co powie Ron na fakt, że jest synem Snape'a? Ron zawsze był w gorącej wodzie kąpany. No i jak zareagują Molly i Artur? Czy będą traktować go inaczej?

Snape wzruszył ramionami.

— Trwa wojna. Nigdy nie wiadomo, co się stanie.

Po tym nastąpiła cisza wypełniona skrobaniem pióra. W końcu mężczyzna złożył podpis i wskazał Harry'emu miejsce do zrobienia tego samego. W momencie, w którym atrament wsiąkł w pergamin po postawieniu ostatniej litery nowego nazwiska, teczka leżąca na biurku zadygotała. Pyknęło i obok pojawiła się druga, podpisana Alan Snape.

— To miało tak zrobić? — zapytał Harry niepewnie.

Dumbledore zaśmiał się.

— Spójrz sam — powiedział, przesuwając ku niemu teczkę.

W środku znajdowały się wszystkie dane na jego temat: karta chorobowa, oceny uzyskane pod koniec każdego roku edukacji (nawet ucząc się prywatnie, musiałby być co roku egzaminowany przez najbliższą szkołę), dane dotyczące rodziców, czy też miejsca obecnego zamieszkania (Spinner's End). Zauważył jednak, że kilku informacji brakuje. Nigdzie na przykład nie widział ani śladu nazwiska Potter, więc w rubryce, gdzie powinna widnieć Lily Potter jako jego mama, było jedynie puste miejsce. Mimo to nie wyglądało to podejrzanie, raczej jak przeoczenie, i tylko ktoś bardzo wnikliwy mógłby stwierdzić, że coś jest nie tak.

— Zwykle wszystkie nowe teczki lądują od razu tam — wytłumaczył Dumbledore, wskazując na piętrzące się szuflady — ale dzięki mojej małej sztuczce przekierowałem ją tutaj. Jakiś czas temu poradziłem Severusowi utajnić twoje akta, dzięki czemu — wskazał na teczkę z nazwiskiem Harry Potter — nikt nie będzie miał do nich dostępu. Ponieważ nazwisko Snape nie jest utajnione, w chwili zmiany nazwiska powstała nowa teczka. Innymi słowy zupełnie nowy obywatel.

Harry dał znak, że rozumie. Już wcześniej Snape wszystko mu wyjaśnił. Wiedział więc o możliwości utajnienia danych i dlaczego takie prawo wprowadzono, a także kto sprawuje pieczę nad utajnionymi aktami. Podczas ubiegłej wojny miało to uchronić czarodziejów posiadających wątpliwy status krwi przed prześladowaniami. Tylko urzędujący dyrektor Hogwartu i Naczelni Magowie Wizengamotu mieli do nich dostęp, a nawet ich obowiązywała tajemnica.

Z ciekawości otworzył drugą teczkę i rzeczywiście — tutaj znajdowało się więcej informacji, w tym drzewo genealogiczne potwierdzające jego status krwi oraz adnotacja o zmianie imienia i nazwiska. Harry zdecydował się pozostać przy propozycji Snape'a, choć poprosił, żeby na drugie imię mieć Harold, co po zdrobnieniu będzie oznaczało tyle, co Harry. Ponieważ nazywał się tak dziadek Nobiliusa Snape'a, tradycja została zachowana, nawet jeśli był czarodziejem półkrwi.

Kiedy wszystkie formalności zostały spełnione, a teczki wylądowały w odpowiednich szufladach, pożegnali się z Dumbledore'em i ruszyli korytarzem, by powrócić do atrium i tam siecią Fiuu przedostać się do Prince Manor.

Za zakrętem jednak czekała na Harry'ego bardzo nieprzyjemna niespodzianka.

Zimne stalowe oczy spoczęły na nim, a wyniosłe rysy twarzy i platyna włosów wyłoniły się z półmroku pochodni niczym przywołane prosto z koszmarów.

Przed nim stał Lucjusz Malfoy.


_______________________
[1] 1 cal = 2,5 cm.
[2] Ta nietypowa nazwa nie jest wynikiem mojej wyobraźni. Te zwierzęta naprawdę istnieją. Są to jaszczurki z rodziny jaszczurek kolczastych. Sięgają czterdziestu centymetrów długości i żyją w południowej Afryce. Wyglądają dokładnie: tak.
[3] Na wystawie rzeczywiście znajdowała się różdżka, co zostało wspomniane w pierwszym tomie. Ja jedynie dopisałam do niej historię.
[4] Plecionki, o których mowa w opowiadaniu, zostały przedstawione poniżej.
[5] Na potrzeby tego rozdziału część informacji, w tym wypowiedzi aparatu, zaczerpnęłam z tomu „Harry Potter i Zakon Feniksa”.


NASTĘPNY ROZDZIAŁ: MALFOYOWIE
Rss Mail Blogger Wykop Facebook Twitter More