Rozdział 10. Nowy dom, nowe problemy

Prawda jest dziwniejsza od fikcji, a dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna. Prawda nie.
— Mark Twain




Kiedy Harry otworzył oczy, znajdował się w aż zanadto znajomym pokoju o zielonych ścianach — pokoju, którego miał nadzieję już nigdy więcej nie zobaczyć.

O. Mój. Boże.

Przewrócił się na bok i zwinął w kłębek, mocno zaciskając powieki. Nie chciał w to wierzyć.

Niemożliwe, niemożliwe, niemożliwe...

Czuł, jak oblewa go naprzemiennie gorąco i zimno. Miał wrażenie, że obudził się z jednego koszmaru, aby pojawić się w kolejnym. Nie, nie, nie, nieważne, co mówią, to na pewno jakaś pomyłka albo kłamstwo. Na pewno. Boże. I co on ma teraz zrobić? Musi być jakieś wyjście. Przecież nie może być synem tego człowieka! Harry zadrżał na wspomnienie zimnych oczu mężczyzny. Nikt nienawidził go tak jak Snape. Nawet Dursleyowie.

Nie przetrwa tego, nie przetrwa, nie przetrwa…

Próbował uspokoić rozszalałe myśli, jednak nic nie pomagało. Dopiero skrzypnięcie drzwi zwróciło jego uwagę i Harry zamarł, nasłuchując. Nie był pewny kogo i czego ma się spodziewać.

— Jak się czujesz, mój drogi? — zapytała pielęgniarka. Zwykle zwracała się do swoich pacjentów formalnie, ale widocznie tym razem zdecydowała, że odrobina cieplejszych słów będzie lepsza niż sztywny profesjonalizm. Kiedy stało się jasne, że nie otrzyma odpowiedzi, kontynuowała: — Jeśli chcesz porozmawiać lub o coś zapytać, cokolwiek by to było, wysłucham. — I tym razem Harry się nie odezwał. Co miałby jej powiedzieć? Że właśnie utknął w prywatnym piekle i zastanawia się, czy istnieje jakaś możliwość, by się z niego wydostać? — Możesz mi potowarzyszyć podczas zbierania ziół do eliksirów albo po prostu usiąść na jednej z ogrodowych ławek i odpocząć. Dobrze wiem, że nie mogłeś się doczekać, aby opuścić ten pokój. — Po raz kolejny jedyną reakcją było milczenie. — W porządku. Jeśli zmienisz zdanie, zaklęcie da mi o tym znać. Zanim jednak wyjdę, zjesz coś.

Harry potrząsnął głową. Jego wnętrzności zawiązały się w ciasny supeł i był pewien, że niczego teraz nie przełknie.

Madame Pomfrey westchnęła.

— To nie była prośba, panie Potter.

Skrzywił się, usłyszawszy swoje nazwisko. Nawet jeśli chciał wierzyć, że dzisiejsza rozmowa z dyrektorem była jedynie wytworem jego chorej wyobraźni, nic nie potrafił poradzić na okropną myśl: co jeśli powiedziano mu prawdę? Wtedy nie był już Potterem, prawda? Więc kim był? Snape'em?

Jak na zawołanie żołądek Harry'ego skręcił się jeszcze bardziej. Wyskoczył z łóżka i rzucił się pędem do łazienki, w drodze niemal potrącając pielęgniarkę. Przez dobrą chwilę klęczał nad muszlą męczony torsjami. Gdy w końcu mdłości minęły, wstał chwiejnie i zawisł nad umywalką. Odkręcił kurki i opłukał usta. Obecność pani Pomfrey zauważył dopiero wtedy, gdy jego czoła dotknęła kobieca dłoń. Poprzez szum wody z kranu usłyszał kolejne, tym razem głośniejsze westchnienie.

— Znowu masz gorączkę. Chodź, zjesz coś i się położysz. Dam ci eliksir, który obniży temperaturę.

Pomfrey pomogła mu wrócić do łóżka i wezwała skrzata. Po niedługim czasie pojawiła się taca z rosołem i koszyczkiem świeżego pieczywa [1]. Pod czujnym okiem pielęgniarki próbował przełknąć choć kilka łyżek, ale nawet eliksir na żołądek niewiele pomógł. Harry był kłębkiem nerwów i nie umiał sobie z tym poradzić.

— W porządku, tyle wystarczy — zgodziła się czarownica.

Kiedy wreszcie wyszła, Harry zamknął oczy, marząc, aby wszystko okazało się jedynie złym snem. Czemu to właśnie jemu przydarzają się takie rzeczy? Nie wystarczy, że jakiś psychopata z manią wielkości wciąż próbuje go zabić? Nie, to było za mało. W swoim nędznym życiu został porwany (sztuk jeden), użyty do rytuału odrodzenia (sztuk jeden), torturowany (sztuk dwa) oraz atakowany i bliski śmierci (tylko Bóg wie ile razy), a teraz niby ma być synem najbardziej znienawidzonego i niesprawiedliwego nauczyciela, jakiego nosiła kula ziemska, a co więcej ów nauczyciel pała do niego niewytłumaczoną odrazą już od pierwszego spojrzenia. Niebiańsko cudownie.

Dodatkowo ma wyglądać jak Snape! Harry zadrżał. Nie wiedział, co jest gorsze: bycie synem Snape'a czy upodobnienie się do niego. A im więcej o tym myślał, tym trudniej było mu sobie wyobrazić, że już za niecały miesiąc nie rozpozna w lustrze swojej twarzy. I nieważne, że nigdy nie lubił swojego wyglądu (niby dlaczego miałby, skoro był mały, chudy i kościsty)? Nawet jeśli zawsze odstawał od swoich rówieśników i ledwo dorównywał wzrostem Hermionie — a ona przecież jest dziewczyną — wygląd był częścią jego tożsamości: częścią jego samego. Harry przypomniał sobie dzień, w którym wypił Eliksir Wielosokowy i zamienił się w Goyle'a. Na samą myśl zadrżał jeszcze gwałtowniej. Jeśli teraz utknie w całkowicie obcym ciele, do tego ciele przypominającym Snape'a, bez możliwości powrotu do dawnej postaci…

Harry zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Spokojnie, spokojnie. Musi przestać panikować i wziąć się w garść, bo inaczej nie będzie w stanie logicznie myśleć. Właściwie teraz to w ogóle nie był w stanie myśleć! Leżał skulony na boku i przez dobrych kilka minut starał się uspokoić.

W końcu otworzył oczy i prawie natychmiast zmarszczył brwi. Jego wzrok padł na nocny stolik, w którym nie byłoby nic niezwykłego, gdyby nie to, co się na nim znajdowało. Tej opasłej księgi z pewnością wcześniej tu nie widział. Harry usiadł na brzegu łóżka i wpatrzył się w bordową oprawę. Przykuwała jego uwagę jak magnes. Nagle zdał sobie sprawę, że pochyla się nad nią. Przestraszony szarpnął się do tyłu. Może była zaczarowana?

Niezwykle ostrożnie dziabnął wolumin palcem. Żył w czarodziejskim świecie wystarczająco długo, aby wiedzieć, że nie należy ufać przedmiotom. Książki potrafiły krzyczeć, gryźć, a nawet opętywać ludzi. Jednak tym razem nic się nie wydarzyło — a przynajmniej na razie. Ostatecznie jego ciekawość wzięła górę i Harry doszedł do wniosku, że pani Pomfrey nie zostawiłaby tu niczego, co byłoby w jakimkolwiek stopniu szkodliwe. Podniósł księgę i przeczytał tytuł: „Antologia magii krwi”. Dziwne. Co tutaj robi księga o magii krwi?

Otworzył ją w miejscu, w którym znajdowała się zakładka, i natychmiast jego żołądek zrobił salto. Wstrzymując oddech, przeczytał:

„Zaklęcie Przynależności – Historia i zastosowanie”

Słowa Snape'a powróciły do niego niczym echo: „Zaklęcie Przynależności zostało zmienione, co oznacza, że w ciągu najbliższych dwóch tygodni znikną wszystkie cechy upodobniające cię do Jamesa Pottera…”.

Harry nigdy o tym zaklęciu nie słyszał, ale czymkolwiek było, tutaj wszystkiego się dowie. Pomimo obaw czytał dalej:

„W zależności od klasyfikacji Zaklęcie Przynależności można przypisać aż do czterech dziedzin naukowych. Leży bowiem na pograniczu magii krwi, transmutacji, magicznych kontraktów oraz magii przynależności. Należy jednak pamiętać, że ostatnią gałąź magonauki traktuje się umownie, gdyż została przez środowisko naukowe odrzucona z powodu błędnego założenia, jakie postawił Charles Perrault podczas jej opisywania w 1653 r. Zamiast na jednej, niezmiennej i konkretnej cesze magicznej, charakterystycznej dla danego typu magii, Perrault oparł swoją teorię na przynależności do osoby lub przedmiotu. Pierwsze prawo Findleya mówi, że uczucia nie mogą być warunkiem klasyfikacji, ponieważ są elementem obecnym w każdej formie magii; tak jest chociażby z miłością, nienawiścią czy oddaniem.

Zaklęcie Przynależności nie było pierwszym, jakie powstało w oparciu o przynależność, ponieważ większość więzi, jak np.: małżeńska czy niewolnicza, działają na podobnej zasadzie. Było jednakże pierwszym, jakie zaczęto postrzegać w odrębny sposób i stąd jego nazwa. Najstarszy zapis inkantacji znaleziono w „Bulla Corum”; spisie zaklęć ze 130 r. p. n.e. należącym do rodzinnej biblioteki na jednej z prowincji Rzymu. Aż do 300 r. n.e. przechowano o Zaklęciu Przynależności jedynie szczątkowe informacje, które niewiele wyjaśniały jego cel i sposób działania. Dopiero późniejsze źródła, m.in. księgi pochodzące z Atrium Primus Libertatis, Ulpia Magicae i europejskich księgozbiorów rodzinnych, wyjaśniają jego zastosowanie oraz wskazują, że jest potężnym czarem ochronnym.

Przez stulecia do jednych z najbardziej cenionych wartości należały: tradycja, honor, czystość krwi i oddanie rodzinie. Cudzołóstwo, jak również poczęcie dziecka z nieprawego łoża, traktowano jako złamanie wszystkich czterech pryncypialnych zasad, którymi kierowało się czarodziejskie społeczeństwo. Konsekwencje ich zlekceważenia były zatem niezwykle surowe.

Los niezamężnych matek zależał w całości od głowy rodu lub ojca dziecka. W ich sytuacji rodowe nazwisko zostawało już na zawsze splamione (szczególnie jeśli ojcem był mugol) i najczęściej pozostawały pozbawione jakiegokolwiek wsparcia. Ich nieślubne dzieci traciły wszelkie prawa; nie dziedziczyły po ojcu i nie mogły piastować żadnych czarodziejskich urzędów. Bez względu na status społeczny bękarty potępiano i prześladowano w codziennym życiu. Czasami nawet stosowano chłostę (kara za grzechy matki). W gorszej sytuacji znajdowały się kobiety cudzołożące; aż do 730 r. n.e. karą za zdradę była śmierć. Dlatego też w wyniku ostracyzmu społecznego wiele matek decydowało się na porzucenie potomstwa lub zabicie go zaraz po urodzeniu. Dzieci, które przeżyły i zostały odnalezione, najczęściej stawały się służącymi lub niewolnikami [2].

W 943 r. problem nieślubnych dzieci zaczął zanikać. Przyczyniło się do tego Zaklęcie Przynależności, które w tamtym okresie było już dobrze znane, oraz późniejsze upowszechnienie edukacji i zapewnienie jej przez takie instytucje jak Hogwart, Beauxbatons czy Durmstrang.

Wraz z upływem lat liczne wojny doprowadziły do drastycznego zmniejszenia się populacji czarodziejów (dążenie do hegemonii przez kolejnych czarnoksiężników, uwikłanie w konflikty trolli i goblinów), co z kolei spowodowało zmiany w świadomości społecznej. Priorytetem stało się założenie rodziny i utrzymanie ciągłości linii rodu. Częściej zatem pojawiały się związki czystokrwiste. Stosowanie Zaklęcia Przynależności zaczęto traktować nie jako sposób na obronę honoru rodu oraz ochronę życia matki i dziecka, ale jako występek polegający na ukryciu potomka przed biologicznym ojcem. Ostatecznie w 1750 roku zaklęcie to wpisano do spisu inkantacji nadzorowanych przez Ministerstwo Magii i odtąd użycie go bez jego zgody grozi osadzeniem w Azkabanie.

1. Zaklęcie Przynależności jako zaklęcie transmutacyjne:

Istnieją sposoby zmiany postaci istot żywych, ale żadna z metod nie jest permanentna. Eliksir Wielosokowy działa jedynie przez godzinę, a zaklęcia maskujące czy iluzyjne utrzymują się nie dłużej niż dobę. Transmutacja jest pewniejszym sposobem, szczególnie jej dział zwany animagią, jednak wymaga sporych umiejętności magicznych oraz istnieją łatwe sposoby odczarowania transmutowanego obiektu. Jedyną długotrwałą i pewną metodą jest Zaklęcie Przynależności. Co więcej, w wyniku nadania mu statusu kontraktu (zob. pkt. 3) nie istnieją metody zniesienia czaru przez osoby trzecie. Działanie zaklęcia polega na zmianie cech fizycznych osoby, na którą czar jest rzucany, i trwa do śmierci albo do momentu zmiany warunków kontraktu.

2. Zaklęcie Przynależności jako zaklęcie wymuszające pokrewność:

Zaklęcie powiela geny osoby, której cechy fizyczne chce się przejąć. Interesującym zjawiskiem jest to, że do poprawnego działania nie wymaga się fragmentu czarodzieja (zob. Eliksir Wielosokowy). Przypuszcza się, że jest to związane z intencjonalnością zaklęcia czyli jego ochronnym charakterem. Uwaga: zmiany dotyczą jedynie cech zewnętrznych. Cechy psychiczne, choroby i dysfunkcje nie będą przejmowane, choć w przypadku dysfunkcji istnieją pewne niezgodności w badaniach. Magobadacze odnotowali, że przejmowane są wady słuchu, wzroku, wymowy i koordynacji ruchowej. Powodem tego jest ścisły związek tych wad z fizycznością. Wszakże zadaniem zaklęcia było maksymalne upodobnienie dziecka do wybranego czarodzieja.

Jak każde zaklęcie w obrębie magii krwi oddziałuje również na sygnaturę.

3. Zaklęcie Przynależności jako kontrakt:

W dotychczasowej praktyce czarodziejskiej istnieją 153 zaklęcia oparte na magicznym kontrakcie i każdy z nich zostaje zawarty na podstawie restrykcyjnych warunków. Najprostszym przykładem jest Wieczysta Przysięga — kontrakt pomiędzy dwoma czarodziejami posiadający jeden warunek: dotrzymanie obietnicy. Konsekwencją złamania przysięgi (kontraktu) jest śmierć. Niektóre szkoły magiczne oddzielają przysięgi od kontraktów,  jednakże podobnie jak każda więź działa w oparciu o przynależność, tak każda przysięga działa w oparciu o kontrakt. Niektóre kontrakty są nierozerwalne, ale żaden nie wykracza poza śmierć (w przeciwieństwie do więzi, zob. więzi dusz).

Zaklęcie Przynależności opiera się na czterech warunkach: wiek (można je rzucić na osobę wyłącznie do pierwszego miesiąca życia), intencja (nie może być rzucone bez woli osoby rzucającej), zgoda osoby posiadającej prawo (opiekun z pierwszeństwa krwi, tj. matka), zgoda na zmianę zaklęcia w przyszłości przez osobę posiadającą prawo (matka lub ojciec, potomek po osiągnięciu pełnoletności).

Powody pozostawienia możliwości zmiany zaklęcia nie są dokładnie znane. Uczeni jednak wskazują, że jego pierwotnym i głównym celem była ochrona rodziny przed społecznym wykluczeniem. Ujawnienie prawdy mogło mieć zatem miejsce w sytuacjach sprzyjających dobru rodziny. Czasami — choć były to przypadki nieliczne — nieślubne dziecko stawało się jedynym sukcesorem biologicznego ojca. Wtedy matka mogła żądać praw dla swojego potomka pomimo pierwotnego zakazu dziedziczenia.”

Harry zamknął księgę i przez długą, naprawdę długą chwilę jedynie wpatrywał się w przestrzeń. Jego pierwsza myśl: za dużo informacji naraz. Miał wrażenie, jakby przewałkowano mu mózg i już nie był pewny, co to wszystko dla niego oznacza. Czy czarodzieje rzeczywiście byli aż tak okrutni, by chłostać, zabijać czy porzucać swoje dzieci? To nie ich wina, że zostały poczęte z niepełnoprawnego związku.

Harry spojrzał w dół na bordową oprawę i przygryzł wargę.

Wiedział, że jego wygląd się zmienił. Nie były to jakieś wielkie różnice, więc je ignorował. Wydawało mu się, że to nic niezwykłego po torturach i tylu dniach bycia nieprzytomnym. Gdy jednak pomyślał o tym teraz, nie mógł zaprzeczyć, że Zaklęcie Przynależności musiało być powodem. Żył w czarodziejskim świecie wystarczająco długo, aby wiedzieć, że nie istniało inne wiarygodne wyjaśnienie.

Dalsze konkluzje były jeszcze bardziej przerażające. Jeżeli trzy osoby miały możliwość cofnąć zaklęcie, to kto pozostaje? Jego mama nie żyje, a on nie wyrażał zgody na zmianę kontraktu, bo nawet nie miał o nim pojęcia. Tylko jedna osoba mogła to zrobić — jego ojciec, którym nie był James Potter.

Tym razem nie pojawił się przypływ paniki. To, co czuł, przypominało nagłą pustkę. Nie posiadał już nic, czego mógłby się chwycić w swoim zaprzeczeniu. Jakimś sposobem — nawet jeśli nie rozumiał, jak do tego doszło — Snape był jego ojcem.

* * *

Ledwo dobrnął do trzeciego rozdziału. „Sposoby neutralizacji toksyn w roślinach wykorzystywanych w lecznictwie” nie okazały się być tak interesujące, jak powinny. W pewnym momencie zorientował się, że po raz kolejny czyta ten sam akapit, nic z niego nie rozumiejąc. W końcu odłożył księgę na nocny stolik, ubił pięścią poduszkę i przewrócił się na prawy bok.

Severus Snape wiedział co — a raczej kto — jest winne jego dekoncentracji. W pamięci wciąż miał obraz spanikowanego Pottera i za nic nie potrafił wyrzucić go z umysłu.

Swego czasu pogodził się z faktem, że wraz z jego śmiercią ród Snape'ów przestanie istnieć. Lily była jedyną kobietą, którą darzył miłością, a nie zamierzał przedłużać linii z obowiązku. A teraz nie tylko ma syna, ale jest nim Potter. Złoty Chłopiec synem śmierciożercy. Po prostu fantastycznie.

Po raz kolejny zadał sobie to samo pytanie: jak to możliwe? Dzieciak stanowił typowy przykład bezmózgiego Gryfona, który zawsze pcha się nie tam, gdzie trzeba i nie posiada ani krztyny instynktu samozachowawczego. A jakby tego było mało, jest bezgranicznie bezczelny. Zaklęcie zaklęciem, ale bez przesady. Nawet jeśli zmieniało cechy fizyczne, włącznie z takimi detalami jak barwa głosu, w żadnym stopniu nie wpływało na psychikę. Dlatego do ostatniej chwili Severus myślał, że może nastąpiła jakaś pomyłka i wszystko okaże się zwyczajną farsą. Niestety po tygodniu zaczęły pojawiać się pierwsze zmiany i nawet jeśli wciąż wiele cech Jamesa ani myślało zniknąć, Severus wiedział, że było to tylko kwestią czasu.

* * *

Następnego dnia Harry został przeniesiony do innego pokoju. Również był usytuowany na pierwszym piętrze lecz naprzeciwko sypialni Snape'a. Naprzeciwko, krzyczał w panice umysł Harry'ego, Snape'a! Nie miał pojęcia, dlaczego mężczyzna zmuszał ich egzystencje do bliższego kontaktu. Osobiście wcale nie pogniewałby się, gdyby jego nowy pokój mieścił się gdzieś dalej. Gdzieś na jakimś końcu. Odległym, bardzo odległym końcu. Przecież ten dom był tak wielki, że na pewno znalazłoby się jakieś wystarczająco odległe miejsce, prawda?

Z drugiej strony, czy może być coś gorszego od komórki pod schodami?

Harry potrząsnął głową. Tak, ta sytuacja jest zdecydowanie gorsza niż wszystkie komórki świata. Właściwie to wiele by teraz oddał za możliwość powrotu na Privet Drive, nawet jeśli oznaczałoby to mieszkanie w dwóch metrach kwadratowych.

Z pewnej odległości — oby jak najdalej bez jednoczesnego wzbudzania podejrzeń — obserwował, jak mężczyzna otwiera drzwi i cofa się o dwa kroki. Do tej pory Snape odezwał się tylko raz, lakonicznie wyjaśniając, że zaprowadzi go do nowej sypialni. Harry natomiast bezwzględnie milczał. Ostrożnie minął wysoką figurę w swojej nieodzownej czerni i stanął w progu, niepewnie się rozglądając.

Jego oczom ukazał się sporych rozmiarów pokój o kremowych ścianach i ozdobionych przy suficie złotym, spiralnym ornamentem. Stało tu też duże łóżko z kolumienkami z ciemnego brązu oraz śnieżnobiałymi zasłonami. Na drewnianej podłodze natomiast pysznił się puszysty, bordowy dywan.

Zupełnie nieślizgońsko.

Harry zerknął na Snape'a, ale jedyną odpowiedź, jaką otrzymał, było uniesienie brwi. Wszedł więc do środka i okręcił się na pięcie, próbując zobaczyć wszystko naraz.

Całą długość jednej ze ścian zajmowały łukowate okna oraz półki, prawdopodobnie na książki i prywatne przedmioty. Po przeciwnej stronie łóżka, a prostopadle do okien, stał kominek, szklany stolik, kanapa oraz dwa fotele w kolorze ciemnej zieleni. Dwoje drzwi natomiast prowadziło do łazienki oraz garderoby (Harry nie miał pojęcia, po co mu garderoba, naprawdę). Pod jednym z okien zauważył też sekretarzyk oraz żerdź dla sowy.

Ten pokój był idealny — przestronny, ale nie za duży, dzięki czemu sprawiał wrażenie przytulnego. Harry'emu nigdy nawet nie śniło się, że przyjdzie mu zamieszkać w takim miejscu. Bądź co bądź, pierwsze dziesięć lat swojego życia spędził w komórce pod schodami, więc otrzymanie drugiej sypialni Dudleya była uosobieniem jego marzeń.

— Rozpakuj się. Śniadanie jest za godzinę, punkt dziewiąta — oznajmił chłodno Snape. Zanim wyszedł, dodał jeszcze: — Nie spóźnij się.

Kiedy drzwi zamknęły się za nim, Harry westchnął. Rozpakuj się. Niby jak? Jego cały dobytek składał się z albumu, peleryny niewidki i ubrań, które miał na sobie. Jego entuzjazm znikł niczym powietrze z przekłutego balonika. Po co mu te wszystkie półki czy garderoba? Nic nie posiadał.

Z pewnym przygnębieniem pomyślał o swojej skrytce u Gringotta. Snape był teraz jego prawnym opiekunem, co oznaczało, że ma władzę nad jego pieniędzmi i może zrobić z nimi, co tylko zechce. Harry nie łudził się, że choć jeden knut zostanie na niego przeznaczony. Ludzie, którzy cię nienawidzą, nie troszczą się o ciebie i z pewnością nie kupują ci rzeczy, nawet jeśli ich rozpaczliwie potrzebujesz. Lata życia z Dursleyami nauczyły go tego.

Odłożył album na jedną z półek, a niewidkę złożył i zaniósł do garderoby. Następnie usiadł na parapecie i ponuro zapatrzył się w krajobraz za oknem. Pomyślał o przyjaciołach, za którymi tęsknił. Pewnie Ron piekliłby się i pomstował na Snape'a, czym poprawiłby Harry'emu humor, aż w końcu obaj wybuchliby śmiechem na jakiś zabawny komentarz dotyczący mistrza eliksirów. Hermiona zgromiłaby ich wzrokiem oraz wygłosiła kilka rad i ostrzeżeń, które przyjąłby niechętnie, ale ostatecznie byłby wdzięczny za to, że zawsze może na niej polegać.

Nagłe stukanie w szybę wyrwało Harry'ego z ponurych myśli. Rozejrzał się, ale niczego nie dostrzegł. Dopiero po chwili, gdy stukanie się powtórzyło, ujrzał dwa okna dalej przycupniętą na parapecie Hedwigę. Zerwał się na nogi, czego od razu tego pożałował, bo świat zawirował przed jego oczami.

— Pieprzony sukinsyn — przeklął, przytrzymując się ściany jak linki ratowniczej.

Oczywiście chodziło o Lucjusza Malfoya. To przez niego Harry wyglądał jak trzy ćwierci do śmierci, musiał zmagać się z nawet prostymi czynnościami, a także czuł się wyczerpany, mimo że dopiero rozpoczął się dzień. Najgorsze jednak było to, że Malfoy miał rację. Pod koniec tamtej nocy Harry dotarł do punktu, w którym — gdyby tylko miał taką możliwość — błagałby o zaprowadzenie do Voldemorta. Bo ten by go po prostu zabił. W przeciwieństwie do Lucjusza nie traciłby czasu.

Harry uchylił okno i pozwolił sowie wfrunąć. Z gracją przysiadła na żerdzi, jakby to miejsce należało do niej od zawsze. Uśmiechnął się i pogłaskał jej pióra. Przynajmniej ona nie będzie miała problemów z zadomowieniem się tutaj. Hedwiga spojrzała na niego z ukontentowaniem i dziobnęła czule w palec.

— Wybacz, że cię nie zauważyłem. — Przyjrzał się jej bacznie, upewniając się, że wszystko z nią w porządku. W końcu zapytał: — Gdzie się przez ten czas podziewałaś, co? Nie widzieliśmy się prawie miesiąc. — Kolejne dziobnięcie, które niewiele mu mówiło. No cóż, nawet jeśli Hedwiga była niezwykle mądra i wiele rozumiała, wciąż pozostawała tylko sową. To oznaczało bardzo ograniczony sposób komunikacji. — Niestety nic dla ciebie nie mam — dodał ze smutkiem. — Mogę zapytać Snape'a o przysmak dla sów, ale wiesz jaki on jest. Dasz sobie radę, prawda? Założę się, że w tym ogrodzie znajdziesz wystarczająco dużo myszy.

Harry spojrzał na zegar. Wskazywał za kwadrans dziewiątą. Wcale nie miał ochoty iść na śniadanie, bo nawet nie był głodny. Zamiast tego chętnie wpełzłby do łóżka i tam pozostał. Nie zamierzał jednak dawać Snape'owi pretekstu do bycia nieprzyjemnym i niechętnie opuścił pokój.

Na korytarzu nagle zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia, gdzie mieści się jadalnia. Miał ochotę pacnąć się w czoło. Dlaczego wcześniej o to nie zapytał? Harry rozejrzał się, jakby oczekiwał, że wyrośnie przed nim drogowskaz i wtem jego wzrok zatrzymał się na jednym z obrazów.

Jowialny staruszek w marynarce w kratkę i z wielkim binoklem na nosie przyglądał się mu, jakby stanowił okaz wyjątkowo ciekawego robaka. Tak, zdecydowanie był przodkiem Snape'a, zawyrokował Harry. Musiał jednak przyznać, że pomimo wyrazu twarzy aparycję posiadał zupełnie inną — był pulchny i zaróżowiony, co od razu skojarzyło się Harry'emu z Dudleyem.

— Um… czy mógłby mi pan pomóc? Muszę dostać się do jadalni, a nie wiem, gdzie się znajduje.

Staruszek kiwnął głową, jakby właśnie skończył jakąś wewnętrzną debatę.

— Istotnie Prince — oświadczył.

— Słucham?

Jegomość uśmiechnął się dumnie.

— Widzę cię tu po raz pierwszy, młodzieńcze, ale bez wątpliwości należysz do Prince'ów. Chociaż biorąc pod uwagę fakt, że Eileen była ostatnią z rodu, twoje właściwe nazwisko to Snape, czyż nie? Nazywam się Sigur Halldor Laxness Prince. Twój praprapradziadek, jeśli nie mylę się w obliczeniach.

— Eee… — zaczął Harry mało elokwentnie. Po czym obraz doszedł do takich wniosków? Wygląd nie zmienił mu się zbyt wiele. Nawet Snape mówił, że dopiero ma to nastąpić. Postanowił przemyśleć tę sprawę później. Teraz co innego było ważne. — Miło mi pana poznać, panie Prince. Jestem Harry.

Staruszek machnął lekceważąco ręką.

— Nie ma potrzeby zwracać się tak oficjalnie. Mów mi Sigur.

— A więc mógłbyś mi pomóc, Sigurze?

— Oczywiście. Jadalnia jest na parterze, tymi schodami po lewej. Na końcu korytarza powinieneś zobaczyć białe, dwuskrzydłowe drzwi.

Podziękowawszy, Harry ruszył we wskazanym kierunku. Wkrótce niepewnie stanął w progu jadali. Snape jeszcze się nie pojawił, ale było to raczej do przewidzenia, zważając, że ścienny zegar wskazywał za pięć dziewiątą. Mistrz eliksirów należał do osób idealnie punktualnych i nigdy nie zjawiał się ani minutę za wcześnie, ani minutę za późno.

Nie wiedział, czego ma oczekiwać po jadalniach w bogatych, czarodziejskich rezydencjach, ale przewidywał raczej surowe pomieszczenie ze zdecydowanie zbyt długim stołem. Jednak i tym razem czekało go zaskoczenie. Podobnie jak u państwa Weasleyów jadalnia łączyła się z małą kuchnią. Harry nigdzie nie widział krzątającego się skrzata, który przygotowywałby śniadanie, więc doszedł do wniosku, że musiała być do użytku wyłącznie właścicieli. Stół z ciemnego drewna oraz szesnaście krzeseł z karminowym obiciem stanowiły centrum pomieszczenia. Po lewej stronie natomiast, prostopadle do kuchni, znajdowało się wyjście na taras. Z tej strony cała ściana była oszklona, a więc wyglądała jak jedno wielkie okno. Harry widział przez nie ustawiony na tarasie stolik z kilkoma wiklinowymi fotelami i wielkimi poduchami. Wyglądało na to, że Prince'owie cenili nie tylko piękno, ale również wygodę oraz wspólne posiłki.

— Rusz się — tuż za plecami rozległ się oschły głos.

Harry podskoczył z zaskoczenia. W jednej chwili obrócił się na pięcie, stając twarzą w twarz z bardzo skwaszonym Snape'em. Cofnął się instynktownie, o mało nie potykając się o własne nogi.

Mężczyzna skrzywił się, jakby połknął cytrynę, i wydobył z siebie dziwny odgłos, który można było wziąć zarówno za zirytowane warknięcie, jak i cierpiętnicze prychnięcie. Na dodatek sprawiał wrażenie, jakby z każdą kolejną sekundą jego irytacja wzrastała i ani myślał przestać górować nad Harrym w całej swej mrocznej okazałości. Wstał lewą nogą czy jak?

W końcu Harry cofnął się, pozwalając Snape'owi przejść. Jejku, po co te nerwy? Wystarczyło ładnie poprosić! Wszystkie swoje uwagi zachował jednak dla siebie. Nieważne, co Snape o nim sądził, głupi nie był. U Dursleyów nauczył się, żeby nie odzywać się bez potrzeby. To był najlepszy sposób na przetrwanie wakacji. Pyskowanie mogło jedynie doprowadzić do rozwścieczenia wuja, co skutkowało większą ilością obowiązków a mniejszą ilością jedzenia.

Harry westchnął. Zawsze jakoś sobie radził, o ile nie zostawał zamknięty w komórce czy pokoju na piętrze. Po prostu czekał, aż Dursleyowie zasną, i wykradał się do kuchni. Czasami nawet zdarzało się — jeszcze zanim dowiedział się, że jest czarodziejem — iż potrafił wybrnąć z kryzysowej sytuacji również wtedy, gdy wuj ryglował drzwi na wszystkie spusty. Po prostu w nocy jakimś sposobem zasuwki odskakiwały, pozwalając mu wyjść, a potem równie same wracały na swoje miejsce, przez co wujostwo niczego nie podejrzewało. Oczywiście później zrozumiał, że zawdzięczał to swojej przypadkowej magii.

Generalnie dopóki nie robił dziwacznych rzeczy — czyli magii — lub robił je, ale nie zostawał na tym przyuważony, miał względny spokój. Nienawiść wujostwa była ściśle związana ze słowem na „M”, więc jego egzystencja na Privet Drive mogła być zarówno znośna, jak i całkowicie nie do zniesienia. Z pewnością tu będzie podobnie. Trzeba tylko nie drażnić Snape'a i odkryć, czego należy nie robić, a być może jakoś uda mu się przetrwać. A przynajmniej taką miał nadzieję.

— Dalej będziesz tak stał? Siadaj wreszcie.

Harry znowu podskoczył. Kiedy odpłynął myślami, Snape zdążył już usiąść przy stole. Nieco zażenowany zajął miejsce, przed którym stała zastawa. Sekundę później z cichym pyknięciem pojawiły się półmiski.

Harry wytrzeszczył oczy i rozdziawił usta w niezbyt kulturalne „O”. To nie było śniadanie, to była uczta! Tylko w Hogwarcie widział tyle różnego jedzenia naraz: kiełbaski, bekon, jajecznica, wędzone śledzie, tosty, bułeczki i rogaliki z makiem, dżem malinowy, marmolada z pomarańczy, owsianka, mleko i płatki zbożowe, kilka rodzajów serów i szynki, pieczone pomidory, smażone pieczarki, świeże warzywa pokrojone w idealne plasterki, różnego rodzaju sosy, frytki, ziemniaki, pudding Yorkshire, strudle, kawa, herbata, sok z dyni... i już Harry sam się w tym wszystkim pogubił.

O dziwo, z jakiegoś powodu Snape sprawiał wrażenie jeszcze bardziej rozdrażnionego. Może nie lubił, jak coś się marnowało? Z pewnością dałoby tym radę wykarmić przerośniętego trolla.

Harry zerknął na Snape'a, nie wiedząc, co ma teraz zrobić. U Dursleyów nigdy nie sięgał po jedzenie sam, ponieważ to ciotka Petunia decydowała, ile mu się należy (Dudley zawsze musiał dostać większą porcję), przy czym zawsze musiał się spieszyć w obawie, że za chwilę wygonią go od stołu lub też Dudley podkradnie jego część z czystej złośliwości. Po chwili rozterki postanowił poczekać, aż Snape obsłuży się pierwszy.

Niestety nie była to dobra decyzja.

— Czekasz na zaproszenie czy może tradycyjne angielskie śniadanie nie jest w stanie sprostać twoim wymaganiom?

Te wakacje jednak będą znacznie trudniejsze, niż Harry myślał…

W ciszy nałożył na talerz dwie kiełbaski i sięgnął po tost oraz ketchup, ale nie był pewien, czy uda mu się to zjeść. W te wakacje Dudley przeszedł na przymusową dietę, co musiało oczywiście objąć całą rodzinę, bo ciotka Petunia nie potrafiła pogodzić się z faktem, że musiałaby niesprawiedliwie traktować swojego ukochanego Dudziaczka. Tak więc przez cały miesiąc pobytu u Dursleyów Harry żył jak wróbel. Późniejsze tortury, śpiączka, a teraz towarzystwo Snape'a i przykry fakt, że pozostaje na łasce mężczyzny, tylko sprawiały, że żołądek Harry'ego skurczył się jeszcze bardziej.

Kiedy uporał się z pierwszą kiełbaską, ukradkiem przyjrzał się Snape'owi. Mężczyzna miał na sobie swoją tradycyjną czarną szatę, a długie włosy lekko zasłaniały twarz. Rysy twarzy były ostre i surowe jak zwykle, choć nieco zmarszczone brwi ściągnęły się w wyrazie zamyślenia. Smukłe palce, o dziwo tym razem nieprzebarwione od pracy nad eliksirami, sprawnie operowały sztućcami.

Harry zastanawiał się, czego może się spodziewać. Wszyscy bali się mistrza eliksirów, który był okropnie przykry i niesprawiedliwy, a także wyjątkowo surowy w swoich karach. Czy — podobnie jak w Hogwarcie — za rzekome przewinienia będzie czekało go czyszczenie kociołków? A może teraz, gdy madame Pomfrey wróciła do własnego domu i zostali tu tylko we dwoje, Snape dojdzie do wniosku, że posiada nad nim nieograniczoną władzę i może zastosować dowolny system kar? Harry zadrżał. Wiele by oddał za możliwość posiadania w tej chwili różdżki. Bez niej czuł się potwornie bezbronny. I bez znaczenia było, że użycie magii mogło skutkować wydaleniem ze szkoły — o wiele bardziej od głupich zasad ministerstwa cenił własne życie.

W końcu Snape wytarł usta serwetką i złożył ją na swoim talerzu. Harry natychmiast odstawił własne sztućce i czekał. Przez długą chwilę czarne jak onyks oczy zwyczajnie wwiercały się w Harry'ego, jakby był bardzo zagadkową ingrediencją. Jak zawsze miał ochotę skręcać się pod tym badawczym spojrzeniem. Wreszcie nie mogąc dłużej tego wytrzymać, spojrzał Snape'owi prosto w oczy i uniósł butnie podbródek. Niech nie myśli, że Harry się go boi! No dobrze, może i trochę się go obawiał lub nawet bał (nieważne!), ale Snape nie musi o tym wiedzieć.

Wreszcie mężczyzna przemówił:

— Skoro od teraz masz być moim synem… — Harry zakasłał. To brzmiało, jakby sam się o to prosił! Snape zacisnął usta i zwęził niebezpiecznie oczy. Gdy stało się jasne, że Harry postanowił milczeć jak grób, kontynuował: — …konieczne jest ustalenie kilku zasad, których będziesz bezwzględnie przestrzegał. Nie toleruję ich lekceważenia. Jeśli je złamiesz, poniesiesz konsekwencje.

Mógł się tego spodziewać, prawda? Jego życie w domu wujostwa od zawsze było obwarowane mnóstwem zakazów i nakazów, a każdy z nich powstał jedynie w celu utrudnienia mu życia i sprawienia, aby czuł się jeszcze bardziej nieszczęśliwie.

— Jeśli chcesz, możesz robić w międzyczasie notatki. Niewątpliwie w twoim przypadku się to przyda.

— Dziękuję, ale poradzę sobie.

Harry utkwił wzrok w nóżkach stołu, które zdobiły wyryte winogrona. Wszystko się w nim gotowało i nie miał pojęcia, jak przetrwa tę rozmowę bez robienia czegoś nieobliczalnego. Upatrzył sobie zdecydowanie dorodną kiść. Jedno grono, dwa grona, trzy, cztery, pięć… Może jak policzy je wszystkie, przejdzie mu ochota na rzucanie przedmiotami i trafienie jednym z nich, całkiem przypadkiem, w nos Snape'a. Mężczyzna jednak nie ułatwiał mu zadania.

— Czy to, co do tej pory powiedziałem, jest dla ciebie jasne?

Nastąpiła chwila ciszy. Harry doliczył się trzydziestu trzech gron.

— Jak słońce.

— Dobrze. Zatem możemy przejść dalej. Masz zakaz wychodzenia poza teren posiadłości. Granicę rozpoznasz po białych kamieniach, na których są zakotwiczone bariery ochronne. Myślę, że z tą zasadą nie powinieneś mieć problemu, ponieważ teren jest wystarczająco rozległy. — Snape przyszpilił Harry'ego swoim mrocznym spojrzeniem, po czym wychylił się do przodu w zastraszającej manierze pod tytułem „jeśli ruszysz się choć o cal, nie żyjesz”. — Dumbledore specjalnie dla ciebie naniósł tu dodatkowe zabezpieczenia. Wszystko po to, aby zapewnić ci maksymalną ochronę. Nie zmarnuj poświęcenia dyrektora.

Harry przytaknął, bo najwyraźniej Snape oczekiwał od niego jakiejś reakcji.

— Masz przychodzić na posiłki punktualnie o wyznaczonych porach. Śniadanie jest o dziewiątej, lunch o dwunastej, obiad o szesnastej, a kolacja o dwudziestej. Jeśli w międzyczasie zgłodniejesz, możesz poprosić skrzata, żeby przyniósł ci coś z kuchni. Nie toleruję jednak sytuacji, w której ignorujesz czas przeznaczony na posiłki. Oczekuję też pilnowania porządku we własnym pokoju oraz chodzenia spać nie później niż o dwudziestej trzeciej. Nie chcę następnego dnia widzieć cię śpiącego na stojąco. Możesz korzystać z większej części domu, w tym rodzinnej biblioteki znajdującej się w prawym skrzydle. Jeśli będziesz miał problemy z trafieniem do niej, wezwij skrzata domowego, a on cię zaprowadzi. W bibliotece oczywiście znajdują się księgi, z których nie życzę sobie, abyś korzystał. Na zakazaną sekcję nałożyłem odpowiednie zaklęcia zabezpieczające, więc radzę ci nie próbować żadnych sztuczek. Masz bezwzględny zakaz wchodzenia do mojego laboratorium. Jeśli czegoś potrzebujesz czy chcesz o coś zapytać, masz pukać bez względu na to, czy znajduję się w pracowni, gabinecie czy swojej sypialni.

Harry kompletnie stracił zainteresowanie swoimi gronami. Sprzątanie w pokoju? Przychodzenie na posiłki? Spanie o przyzwoitej porze? Różnych zasad się spodziewał, ale nie tych, które były raczej oczywiste. Poza tym, czy Snape uważał, że Harry jest aż tak nieokrzesany, że nie zapuka, gdy będzie chciał wejść do jego sypialni? Nie żeby w ogóle chciał kiedykolwiek do niej wejść! Absolutnie nie!

— Czy to wszystko?

— To dopiero początek. Jesteś pewien, że nie chcesz robić notatek? — zapytał Snape złośliwie.

Harry prychnął.

— Jestem pewien.

— Jak chcesz. Wiedz jednak, że nieznajomość, czy też w twoim przypadku zapomnienie zasad nie zwalnia cię z ich przestrzegania. — Snape zamilkł na chwilę, zastanawiając się nad kolejnymi słowami. — Jako członek czarodziejskiej rodziny o długiej tradycji i czystości krwi, będziesz musiał zachowywać się stosownie do swojego pochodzenia. Niewątpliwie przed tobą sporo nauki w tym zakresie, gdyż do tej pory wychowywali cię mugole. Przebywanie z Weasleyami, którzy nie przywiązują zbytniej wagi do tradycji, również nie było źródłem najlepszych przykładów. Zatem od jutra, codziennie po śniadaniu, będziesz uczył się historii, polityki, prawa, tradycji, rodowych obowiązków i manier obowiązujących w czarodziejskiej społeczności. Szczególny nacisk położę na prawo i politykę, ponieważ będzie to niezbędny wstęp do finansów. Nie mam, a przynajmniej nie przewiduję mieć innych potomków, więc to ty odziedziczysz po mojej śmierci fortunę Snape'ów i Prince'ów. Musisz wiedzieć, jak zarządzać majątkiem, ponieważ nie życzę sobie, żeby wszystko zostało roztrwonione w pierwszych kilku latach mojej cudownej emerytury w niebiosach.

Harry potrafił jedynie wgapiać się w Snape'a bez słowa. Będzie posiadał majątek? To Snape nie wydziedziczy go tuż przed swoją śmiercią tylko po to, żeby zrobić mu na złość?

— A teraz sprawa pierwszego września. Czarodziejskie społeczeństwo, z samym ministrem na czele, sądzi, że Harry Potter podejmie prywatną naukę. Nic bardziej mylnego. Pójdziesz do Hogwartu tak jak wszyscy, tylko pod nowym nazwiskiem i jako zupełnie nowa osoba.

Harry pokręcił gwałtownie głową i odepchnął się obiema rękami od krawędzi blatu. Krzesło zaszurało i zaskrzypiało głośno od siły, jaką włożył w odsunięcie się od stołu.

— Mam udawać kogoś innego? Po co? Nie chcę.

— Nie pytałem cię, czy chcesz. Wszystko już zostało z dyrektorem ustalone.

— Nie, nie zgadzam się! — krzyknął, całkowicie zapominając o złożonej sobie obietnicy niedrażnienia Snape'a. — Nie pozwolę ci planować mojego życia! Wystarczy, że wczoraj dowiedziałem się, że najbardziej nielubiany nauczyciel jest moim ojcem! I ojej, Harry, nie przejmuj się, ale może za miesiąc odkryjesz, że będziesz miał tłuste włosy i wielki nos! Dziś kolejne rewelacje. Czego się dowiem jutro? Nie! Po prostu nie!

Harry zakończył tyradę, oddychając ciężko. Nagle zdał sobie sprawę, że stoi pośrodku kuchni, zaciskając dłonie w pięści.

— Przestań dramatyzować i siadaj — rozkaz przeciął powietrze niczym bat i Harry wzdrygnął się mimowolnie. W tonie wypowiedzianych słów pobrzmiewała groźba, że jeśli nie posłucha, spotkają go jakieś wyjątkowe potworności. I chociaż niczego w tej chwili bardziej nie pragnął, jak wybiec stąd i już nigdy więcej Snape'a nie oglądać, zmusił się, by ponownie usiąść na krześle.

Przez następne kilkanaście długich sekund panowała idealna cisza. Harry wciąż czuł uderzenia gorąca na twarzy i karku, ale jego oddech powoli się uspokajał. W końcu Snape przemówił:

— Wolałeś trafić do sierocińca?

— Tak. Nie… Nie wiem.

Snape odchylił się na krześle i zastukał palcami w podłokietnik.

— Może umknęło to twojej uwadze, ale nie przeżyłbyś długo, będąc wychowankiem Knota. O ile oczywiście w ogóle byś nim został, bo Czarny Pan pewnikiem napadłby na placówkę, w której by cię umieszczono do czasu załatwienia wszystkich formalności. Czy więc rozumiesz, że nie miałbyś szans dożyć końca wakacji, gdyby nie moja decyzja o zaakceptowaniu cię?

Harry kiwnął żałośnie głową. Niestety rozumiał.

— Co z przyjaciółmi? Co z Ronem? Hermioną?

— Nie będą o niczym wiedzieć.

Harry znowu chciał zaprotestować, ale Snape przerwał mu:

— W czasie obiadu przedstawię ci kompromis w sprawie twoich gryfońskich wielbicieli. Zgodzisz się na niego lub też nie, to już będzie twoja własna decyzja. Utrzymasz jednak swoją prawdziwą tożsamość w tajemnicy. To bardzo ważne, gdyż teraz na szali stoi nie tylko twoje bezpieczeństwo.

— Bo jesteś szpiegiem udającym lojalność Voldemortowi?

Snape zamarł.

— Skąd o tym wiesz?

Harry wzruszył ramionami. Nie był pewny, czy jego stwierdzenie było prawdą, bo wciąż miał wątpliwości co do prawdziwego nawrócenia Snape'a na jasną stronę. Byłoby jednak szczytem głupoty zdradzać mu, że zajrzał do myślodsiewni Dumbledore'a.

— Po prostu wiem.

Snape wpatrywał się w Harry'ego podejrzliwie i już wyglądało, że zechce dociekać prawdy, ale w ostatnim momencie się rozmyślił.

— Odpowiedź brzmi: tak. Jak tylko do Czarnego Pana doszłyby słuchy, że mam nad tobą jakąkolwiek kontrolę, dostałbym rozkaz przyprowadzenia cię do niego. Gdybym się sprzeciwił, uznano by mnie za zdrajcę i wyznaczono karę śmierci.

Harry westchnął. Czemu jego życie zawsze musi być takie skomplikowane? Nie lubił Snape'a, ale nie chciał, by z jego powodu zginął.

— Rozumiem.

— Będziesz musiał również wyzbyć się niektórych nawyków. Zmiana wyglądu to jedno, ale każdy ma swój sposób zachowywania, który łatwo może zdradzić. Pamiętaj, że będziesz miał stały kontakt z rówieśnikami, którzy przez ostatnie cztery lata bardzo dobrze cię poznali. Nie chcę zatem więcej widzieć, jak przygryzasz wargę, gdy jesteś czegoś niepewny, jak mierzwisz włosy, gdy czujesz się zakłopotany lub nie możesz poradzić sobie z jakimś problemem, a także jak krzywisz się w ten swój dziwny sposób, że aż cały nos ci się marszczy.

Harry zamrugał. To on tak robił?

— Za jakieś dwa tygodnie wybierzemy ci nowe imię. Udamy się też do ministerstwa w celu dopełnienia formalności. Zajdziemy też do Ollivandera, bo będziesz potrzebował nowej różdżki. Czy podczas pobytu u mugoli odrobiłeś zadania wakacyjne?

— Nie?

— Tak przypuszczałem. Prawie wszystko, co posiadałeś, zostało zniszczone w pożarze, więc masz szczęście, że nie będziesz musiał wykonywać tego samego dwukrotnie. Nawet jeśli w ubiegłym roku jako Snape teoretycznie nie uczęszczałeś do Hogwartu, nie jesteś zwolniony z odrobienia zadań. W przypadku przyjęcia do szkoły nowego ucznia dyrektor ma obowiązek przekazania listy tematów ze wszystkich przedmiotów. Oczekuję, że już od jutra rozpoczniesz nad nimi pracę. Co jakiś czas będę kontrolował twoje postępy. Nauczę cię też zaklęcia zmieniającego charakter pisma. Jest niewykrywalne, ponieważ to mój własny wynalazek.

Harry zaczął się zastanawiać, ile jeszcze rzeczy Snape ma zamiar mu zaplanować. Może rzeczywiście powinien zastosować się do jego rady i zacząć robić notatki?

— Nie mam książek — wypalił nagle. — Nic nie mam.

Merlinie, jakie to żałosne… od teraz będzie musiał o wszystko prosić Snape'a. Z drugiej strony czuł się bardzo dziwnie przez cały czas przemowy mistrza eliksirów. Owszem, był przytłoczony faktem, że wszystkie dotyczące go decyzje zostały już podjęte i zdecydowanie mu się to nie podobało. Było to jednak tak odmienne od jego życia na Privet Drive, że nawet nie potrafił wykrzesać z siebie buntu. Nikt nigdy nie zwracał uwagi, czy wróci do szkoły z odrobionymi zadaniami albo że może poczuć się głodny lub chcieć o coś zapytać. Do tego Snape przedstawił mu jasne zasady, które wcale nie były takie straszne. Na razie wymagano od niego punktualności, pukania, przychodzenia na posiłki, wysypiania się, pilnowania porządku we własnym pokoju i uczenia się. Kto u Dursleyów przejmowałby, że Harry ma niskie oceny, jest zmęczony z powodu braku snu czy po prostu głodny? To wszystko było bardzo dezorientujące.

— Książki zostały już zamówione przez sowią pocztę. Dziś powinna przybyć przesyłka z kompletem podręczników, począwszy od pierwszej klasy a skończywszy na piątej. Przydadzą ci się wszystkie, ponieważ w tym roku będziesz przygotowywał się do sumów, a to oznacza powtórki materiału z wcześniejszych lat. Dziś też — Snape spojrzał na ścienny zegar — a dokładniej za pół godziny, przybędzie krawiec, żeby wziąć miarę na pełen zestaw ubrań.

— Ubrań?

— Tak, ubrań. Czego się spodziewałeś? Że przez cały czas będziesz chodził w tym, co masz na sobie? — Harry wpatrzył się w blat stołu i zacisnął zęby. — Zadałem ci pytanie.

Nagle Harry uniósł głowę, patrząc na Snape'a wyzywająco.

— Darujmy sobie to, okej? Ty wiesz, że mnie nienawidzisz i ja wiem to również. To, że okazałeś się… — zaciął się i zaklął w myślach. — To nic nie zmienia.

Snape przez chwilę milczał, ale po chwili skinął głową w zgodzie.

— Rzeczywiście. To nic nie zmienia.

— W takim razie po co to wszystko? Mógłbyś mi kazać zapracować na książki czy ubrania. Mógłbyś nawet odmówić mi wszystkiego i sprawić, że poszedłbym do Hogwartu bez niczego.

Snape spojrzał na niego ze zdziwieniem.

— Ty poważnie sądzisz, że mógłbym?

Harry zawahał się.

— A nie?

Snape pokręcił głową, jakby sam nie mógł uwierzyć własnym uszom.

— Nie, Potter, nie mógłbym. Po pierwsze, jest to kwestia ludzkiej przyzwoitości. Rola każdego dorosłego polega na zapewnieniu dziecku wszelkich podstawowych potrzeb. Po drugie, tu nie chodzi o naszą antypatię, ale o honor rodu Snape'ów. Jestem głową rodziny i moim obowiązkiem jest upewnienie się, że niczego ci nie brakuje i otrzymasz jak najlepszą edukację oraz start w życiu. Po trzecie, w momencie zaakceptowania cię jako swojego syna, co spowodowało zmianę warunków Zaklęcia Przynależności, musiałem liczyć się z tym, że od teraz będę zobowiązany.

— A dbanie o dom? — wyrwało się Harry'emu wbrew jego woli.

Snape zamrugał zaskoczony tą nagłą zmianą tematu.

— Od tego jest skrzat domowy.

No i co z tego?, pomyślał Harry, przecież zawsze może być dodatkowy. Wystarczy odrobina złośliwości, a tej Snape'owi nie brakowało. A może znowu chodziło o ten cały honor? Co Snape wcześniej mówił? Że będzie go uczył eee… rodowych obowiązków? Może to właśnie to.

To wszystko było bardzo dziwne, zdecydował Harry. Snape dalej był wredny, jak to Snape, wszak nic niezwykłego. Jednak nie miał zamiaru traktować go jak… jak…

Jak kogo?

Harry skubnął rękaw szaty, zastanawiając się. Szczerze powiedziawszy, sam nie wiedział. Jak wroga? Jak balast w życiu? Jak kogoś, kogo się nienawidzi? Że będzie go traktował jak… Dursleyowie.

__________________________________
[1] Dla dociekliwych: rosół jest typowo polskim daniem, ale w Anglii także jest popularny. Anglicy nazywają go „chicken soup” (rosół z kury z makaronem) lub „broth” (sam wywar).

[2] Zastosowałam tu prawdziwe informacje na temat sytuacji nieślubnych dzieci lub cudzołożących kobiet w dawnych czasach, choć historię dostosowałam do czarodziejskiego świata, a szczególnie chronologię (cofnęłam ją o tysiąc lat) — skoro u Rowling czarodzieje są zaściankowi i nietolerancyjni nawet współcześnie (nacisk na tradycję, czystość krwi, niechęć przed zaakceptowaniem innych ras), z pewnością taki brak akceptacji dzieci pozamałżeńskich mógł wyniknąć dużo wcześniej.


~ ♠ ~ 


Wszystkim serdecznie dziękuję za wspaniałe komentarze i oczywiście za cierpliwość w oczekiwaniu na kolejny rozdział. Wiem, że przeze mnie wielu niemal gryzło własne klawiatury, ale perturbacjom w moim życiu nie było końca. Najpierw musiałam przemyśleć treść następnych rozdziałów - inaczej nie miałam szans dalej ruszyć, potem rozsypało mi się zdrowie i szczerze powiedziawszy, aż do teraz próbuję jakoś poskładać się z powrotem. Ostatecznie byłam już tak wszystkim przygnębiona i przytłoczona, że zdechła mi wena (co uważam za znak, że było już naprawdę źle).

Aktualizacja. Ponieważ nie chcę Was zamęczać niepewnością, kiedy ukaże się następny rozdział, postanowiłam pisać zapowiedzi, ale nie możecie ich traktować jako stuprocentowe zapewnienie o dacie aktualizacji. Mają one głównie na celu informowanie o moich planach oraz dawanie znaku, że wciąż coś nowego dzieje się w sprawie MP. Miejsce na to przeznaczyłam w lewej kolumnie u samej góry. Planuję też pisać notki na mojej nowej stronie-wizytówce. Kto się z nią jeszcze nie zapoznał, zapraszam, wystarczy kliknąć w menu na "Autor". Przy okazji Ci, którzy są tu od dawna, mogą wreszcie czegoś się o mnie dowiedzieć. 

Mam nadzieję, że spodoba się Wam nowy rozdział i jestem niezwykle ciekawa, jak go odbierzecie. Była przy nim prawdziwa burza mózgów i do ostatniej chwili nie miałam pewności, jaką formę przybierze moja jubileuszowa dziesiątka. Pierwotna wersja zakładała jeszcze większą kobyłę niż rozdział 9 i w międzyczasie zastanawiałam się, czy przypadkiem blogger mi się nie zawiesi od tak dużej ilości tekstu xD W końcu postanowiłam stworzyć dwie osobne części — co było decyzja naprawdę trudną i podjętą po długiej dyskusji z moją betą, Jasmin Kain.


13 komentarzy:

  1. Potter będzie już niedługo jak z tej piosenki "Good girl gone bad" xD
    Bardzo fajny rozdział,ciekawa jestem, jak Harry poradzi sobie bez wsparcia przyjaciół jeszcze w wakacje i oczywiście już w roku szkolnym. Mam nadzieję, że przynajmniej zaserwujesz nam, Phoe, jakieś konkretne love story z brzydkimi scenkami (ejtin plas! ^^).
    *klask, klask* za cytat na początku rozdziału, który zrozumiałam za dziesiątym razem.
    corkatsw
    ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Love story? Córko, te wszystkie romansidła i yaoi szkodzą Ci. NIE przewiduję love story, pogódź się z tym xD Dzięki za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń
  2. Droga Phoe,
    po tak długim czasie chciałoby się rzec - Nareszcie! Jest to jedno z nielicznych powieści, które regularnie czytam, więc już od pewnego czasu cierpię na niedosyt fanfiction, ale rozumiem, że nie samym pisaniem człowiek żyje, dlatego tym bardziej się cieszę, że rozdział się pojawił ;-)
    Co do treści - pisałam już jakiś czas temu, że Severitusy nie są moim ulubionym typem opowiadań - zdecydowanie wolę mentorsy, ale zaciekawiłaś mnie swoją wizją i osobowościami bohaterów, więc postanowiłam "dać Ci szansę". Ten rozdział wiele wyjaśnia i też wnosi sporo do samej treści, dlatego też wcale się nie dziwię, że tak długo zwlekałaś z aktualizacją. Bohaterowie pozostają kanoniczni (czasem nawet do bólu) co jest ważne - nie lubię, gdy postaci zmieniają się diametralnie. Czytało się płynnie i niesamowicie lekko (informacje o Zaklęciu Przynależności, które czyta Harry brzmiało naprawdę podręcznikowo;-) )
    Ciężko mi powiedzieć coś więcej - zmiana wyglądu, nauka w Hogwarcie jako inna osoba - przyznam szczerze, że tego typu akcji nie lubię, zdecydowanie wolę, gdy Harry pozostaje Potterem (zarówno fizycznie, jak i psychicznie), czyli gdy Harry zostaje (jak już) adoptowany, ale to jest kwestia gustu i nie bierz tego absolutnie do siebie, bo piszesz naprawdę świetnie i, jak już wspominałam, dalej będę śledzić to opowiadanie.(Swoją drogą wszystko jest możliwe, bo Trylogia Smutku też mi się początkowo nie podobała, ale szybko zmieniłam zdanie, więc może tu będzie podobnie? ;-) )
    Pomimo tych wszystkich rzeczy jest coś w Twoim opowiadaniu co mnie naprawdę urzekło - osobowość bohaterów. Relacje między Harrym a Snapem pozostają na pierwszym miejscu mojej hierarchii rzeczy, które lubię w fanfiction najbardziej. Snape surowy jak zawsze, ale jednak się troszczy - to faktycznie musi być dziwne dla Harry'ego, który nigdy takiej troski nie zaznał (nawet jeśli chodzi o najzwyklejsze potrzeby, typu ubrania). Bardzo jestem ciekawa kompromisu dotyczącego Hermiony i Rona - nie chciałabym, żeby Harry stracił przyjaciół - wtedy to się już chyba kompletnie załamie...
    Pozdrawiam serdecznie, życzę dużo weny i czekam z niecierpliwością na kolejne rozdziały,
    Agata

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak zobaczyłam koniec rozdziału moją reakcją było "NIEEEEEE". Szczrze mówiąc wciągnęło mnie, mogłabym czytać cały dzień. Podoba mi się ironia zawarta w przemyśleniach Snape'a. Całkowicie ujęłaś jego mroczny styl :P Nie wiem dlaczego ale podobają mi się twoje opisy domu i otoczenia (zazwyczaj mnie nudzą, tu tak nie jest). Harry'ego nowy pokój jest super, zazdroszcze mu. I zachowanie Snape'a jest po prostu idealne, jest w stosunku do Harry'ego w porządku, traktuje go przyzwoicie, ale nie jest tak że "jesteś moim synem to kocham cię bezgranicznie (jak słodko)", on nadal jest ironiczny, zgryźliwy i nadal się nie lubią. To jest w porządku. Byłoby dziwnie gdyby nagle było cudownie i rodzinnie. Jeśli chodzi o tekst z tej książki to brzmiało strasznie jak jakaś encyklopedia. Ale o to chodziło, nie? W końcu to książka naukowa :) Jak ty to robisz, że potrafisz napisać przemyślenia czysto snape'owskie, wyrazić chaos uczuciowy bez wątpienia iście w stylu Harry'ego i stworzyć tekst rodem z encyklopedii? Podziwiam.
    Jedno zastrzeżenie: harry myślał, że w tym domu BYŁO dużo miejsca. Jednak powinno być że JEST dużo miejsca. Po angielsku to byłby czas przeszły lecz to jest polski i troszzeczke rzuca się w oczy :P
    A teraz, bierz dupę w troki i pisz następny rozdział, bo umrę, a tego chyba nie chcesz ;D
    Wikime

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam. Piszesz jak zawsze w dobrym stylu i akcja toczy się ciekawie Ale ponieważ lubisz krytyczne komentarze, pozwolę sobie na takowy.

    1. Poraziła mnie ilość jedzenia w jadalni. Czy czarodziejskie rody mają zwyczaj marnować tyle żywności? A może ta ilość potraw nie przekładała się na ich obfitość? Autorkę wyraźnie poniosła wyobraźnia z tą wystawnością na dwie osoby. :)
    2. Harry trochę zbyt impulsywnie i agresywnie odpowiada przy jedzeniu swemu nowemu ojcu, jakby nie przestrzeganie takich zasad jednak było w jego naturze. Jedzenie raczej nastawia przychylnie do usłyszanych opinii, czy poglądów. Taki mechanizm psychologiczny ślepy na treść. :)
    3. Czy biblioteka Snape'a ma coś takiego, jak katalog? Czy Harry będzie mógł jednak czasem skorzystać z działu zakazanego, zwłaszcza z uwagi na swoją misję życiową?
    4. Na co cała ta ochrona, skoro czarny pan zwykle ma dostęp do domów swych śmierciożerców (np. Malfoyów) i jak wiadomo oni się nawzajem odwiedzają? Co to za szpieg w gronie mrocznego lorda, który tak doskonale oddziela swoją prywatność od misji?
    5. Chciałbym dowiedzieć się też trochę więcej o historii rodziny, zwłaszcza od strony ojca. Szkoda, że nie wprowadziłaś żadnych żywych krewnych. A może takie rzeczy, jak skrócone opisy osób, miejsc i rodów autorka zechce opisać osobno? :))
    6. Czekam na owe lekcje Harryego, mam nadzieję, że cząstka wiedzy o historii, prawie, czy ekonomi magów zostanie przekazana czytelnikom. :))
    7. Nie mam pretensji o to, że sobie ułożyłaś taką a nie inną chronologię historyczno-obyczajową. Ale jeśli powołujesz się na źródła w autokomentarzu, dotyczącym historii "mugoli", to wypada podać źródła. Bo w internecie mogę znaleźć całkiem różne rzeczy na dowolny, kontrowersyjny temat. Nawet takie, które dowodzą, że chrześcijańscy średniowieczni teologowie dopuszczali teorię heliocentryczną. A i prawie bym zapomniał, to czarodzieje nie znają kontrowersji wokół "aborcji" i "antykoncepcji". Nie mają żadnych magicznych odpowiedników jednej i drugiej? Bo twoja opowiastka o historii zaklęcia o nich milczy. Dalej, nie wydaje mi się, aby napiętnowanie dzieci z nieprawego łoża, czy ich gorsze traktowanie, zaczęło się wraz z chrześcijaństwem, Ono pojawiło się - wbrew pozorom - w otoczeniu kulturowo i obyczajowo nierównościowym. Gdzie mężczyzna dbał o swój wyimaginowany interes, by mieć cnotliwą żonę i co najwyżej instrumentalnie wykorzystać cudze, gdy nadarzy się okazja.
    8. Wygląda mi na to, że przez ten tekst wyłania się jakaś ambiwalencja. Bo z jednej strony mamy tu chyba pozytywne przedstawienie pewnych wartości, tzn. tradycjonalizmu, wprowadzenie w nie Harryego. Ukazanie go, jako czegoś uwarunkowanego społecznie i wykraczającego poza horyzont walki z jednym czarnym charakterem.(Gdyby pojawił się wątek religii, dość istotny z perspektywy autentyzmu właściwego twórczości fanfickowej, byłoby to jeszcze wyraźniejsze). Z drugiej jej krytyka.

    Pozdrawiam, życzę wena i dużej ilości czasu na pisanie. Chętnie przeczytam ciąg dalszy.

    Apollohuman

    OdpowiedzUsuń
  5. 1. Odnośnie jedzenia - odwołuję do rozdziału 3 i tego, co tam wyprawiał skrzat Snape'a (wtedy zrozumiesz, czemu Snape na widok dzisiejszego śniadania był jeszcze bardziej niezadowolony). Poza tym nadgorliwość skrzatów jest w kanonie wyraźnie zaznaczona - świadczą o tym wyprawy Harry'ego do hogwardzkiej kuchni.

    2. Harry odpowiada impulsywnie? Owszem, przecież to Harry. Ale agresywnie? Niekoniecznie kulturalnie, to ja rozumiem, ale zbyt agresywnie??? Jednak nawet pomijając to, Harry musiałby być świętym, żeby zachować się bardziej miło, a że nim nie jest, to zachował się, jak się zachował. Znalazł się w trudnej i niechcianej sytuacji, której nie ułatwiają przytyki Snape'a. Do tego mistrz eliksirów nie dał mu żadnego powodu do szacunku i nieważne, że okazał się jego ojcem, bo obecnie jest dla niego obcym człowiekiem (i niech pójdą w diabły te wszystkie kłamliwe ficki, które szerzą nagłą miłość tylko dlatego, że bohaterowie odkryli więzy krwi ;]). Jedzenie może nastawiać przychylnie, ale nie jest w stanie ludzi udobruchać, gdy nie mają powodu tak się czuć.

    3. Co do biblioteki - dowiesz się, gdy o niej napiszę.

    4 i 5. Skoro Prince Manor był siedzibą Zakonu Feniksa, to można domyślać się, że coś jest na rzeczy. O rodzinie Snape'a czytelnik wie niewiele, bo po prostu fabularnie nie było to wcześniej istotne. W odpowiednim czasie wszystko ujrzy światło dzienne.

    7. Nie chcę tej sprawy poruszać w świecie HP. Co do antykoncepcji. Czy muszę wyjaśniać ten fenomen, czemu nawet współcześnie jest tak dużo niechcianych ciąż? Chyba nie ;) Generalnie korzystałam z artykułów historycznych, bo tylko im ufam. Nie podawałam źródeł, bo to nie jest praca naukowa, a jedynie fanfick. Ja tylko zaznaczyłam, że takich rzeczy nie wzięłam z powietrza i jeśli ktoś byłby zainteresowany drążeniem dalej, zawsze może zrobić badania na własną rękę. Nie mnie też oceniać prawdziwość naukową tych informacji. Nawet jeśli korzystałam w moim mniemaniu z przyzwoitych źródeł, to nawet takie źródła lubią spierać się ze sobą.

    8. Ambiwalencja jest i będzie. Wszelkie wartości mogą być postrzegane zarówno źle jak i dobrze. To nic nowego. Przykładowo sama tradycja jest ważna, ale zbyt duży nacisk na utrzymanie jej, może spowodować chociażby zamknięcie się na inne kultury.

    Pozdrawiam i dziękuję za komentarz,
    Phoe

    OdpowiedzUsuń
  6. Apollo, wybacz, że usunęłam Twój ostatni komentarz (zedytowałam też swój), ale nie chcę, aby dyskusja na sam-wiesz-jaki temat stał się pożywką dla przypadkowych osób. Zapraszam na prywatną korespondencję. Mój mail znajdziesz na podstronie "Autor" lub w moim bloggerowym profilu. Jeśli do mnie napiszesz, odpowiem również na pytania, które zadałeś w swoim komentarzu.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie ma problemu, dwa ostatnie komentarze mojego autorstwa faktycznie mocno zbaczały z tematu i były zaadresowane właściwie tylko do Ciebie. Nowych pytań na razie nie mam. :)

    Pozdrawiam. A.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dzięki Merlinowi jest rozdzialik. Przeczytałam jakiś czas temu, ale dopiero jakoś niedawno miałam czas na wczytanie się po raz drugi, a teraz komentuję.
    Rozdział wyszedł fajny i ciekawi mnie dalszy rozwój wydarzeń. A tak z innej beczki to przepraszam (raczej powinnaś wiedzieć za co), rzadko moja cierpliwość się kończy, ale co się stało to się nie odstanie. Chciałam dodać, że podziwiam cię z oczywistych dla ciebie (mam nadzieję) powodów.
    A co do rozdziału to bardziej niż bardzo mi się podobał, ich wzajemne życie zapewne będzie trudne, ale cóż, czyje by nie było?(zwłaszcza mieszkając z Sevciem :D)
    Pozdrawiam gorąco i życzę weny.
    P.S - czytam także "Cambiare Podentes: Invocare" (jakiś czas temu wyjawiłaś, że tłumaczysz chyba, ale nie pamiętam) dawno była aktualizacja, a na prawdę mi się spodobało, więc pytam: kiedy next? :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Phoe, nawet nie wiesz jak bardzo się ucieszyłam na powiadomienie, że pojawił się nowy odcinek Magii Przynależności u Ciebie! Aż mi się wyrwało ogromne: "W końcu!". No i ja teraz "w końcu" jestem w stanie Ci ten rozdział skomentować.
    Jak zwykle muszę Ci powiedzieć, że bardzo dobrze czyta mi się to opowiadanie, bardzo podoba mi się tutaj Severus, ale tak jak chwaliłam u Ciebie wcześniej Pottera, tak teraz mam jedną małą wątpliwość. Nie jestem bowiem do końca pewna, czy Harry na wiadomość o sposobie własnej gestykulacji zareagowałby właśnie tak jak to zrobił u Ciebie, to znaczy - wydaje mi się, że raczej zamiast zastanawiać się czy rzeczywiście takie miny strzela, raczej byłby zbulwersowany faktem, że stary nietoperz tak szczegółowo mu się przygląda, a nawet, gdyby pójść dalej, mógłby oskarżyć go o pedofilię. :D W końcu Severus zawsze był winny wszystkiemu, co złe. ;)
    Tak, to tyle odnośnie tego rozdziału. Narobiłaś mi smaczku na kolejny rozdział i jeszcze tą datą - piękne zwieńczenie sesji byś mi sprawiła, Phoe, gdybyś rzeczywiście dziesiątego lutego opublikowała kolejną część! :D Czekam z niecierpliwością!

    OdpowiedzUsuń
  10. To co cenię szczególnie, to nie tyle rozwijanie fabuły, lecz takich magiczno-teoretycznych zagadnień, artykułów z "Proroka", zagłębianie się w historie rodowe, itp.. Mnie nigdy nie starczyłoby do tego cierpliwości :D Opowiadanie nie jest dzięki temu jednowymiarowe, jałowe, ani - hm, chyba pospolite :) - crouch_jr

    OdpowiedzUsuń
  11. Hej,
    cieżko jest mu to zaakceptować, choć wciąż chce aby Severus poznał jak wyglądało jego życie u wujostwa, choć jak widać troszczy się o Harrego...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  12. Hej,
    trochę smutno, że kiedy naprawiły się relacje Harrego z Dudleyem, ten musiał zginać, Severusowi odnalazł Harrego w samą porę, jak widać martwił się o niego...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń

Rss Mail Blogger Wykop Facebook Twitter More